„A historia gada z baśnią”
-powieść w odcinkach
#zostańwdomu

W tym trudnym dla wszystkich czasie chcąc umilić Państwu chwile proponujemy lekturę piszącej się powieści pt. „A historia gada z baśnią”. Autorem tekstu jest wieloletni pracownik Muzeum Wsi Lubelskiej, kustosz p. Grzegorz Miliszkiewicz.

Gdy zamilkły gwarne rozmowy gości Muzeum, ucichły kroki opiekunów zakątków skansenu, spod wprawnego pióra jednego kustosza wylewa się historia – baśń, w której czas teraźniejszy staje się czasem przeszłym, a w Muzealnym Miasteczku zaczyna tętnić życie zupełnie inne od współczesnego, doskonale nam znanego. Nie ma już opuszczonych domów, nieczynnych sklepów i pustych uliczek…i gdy nikt nie widzi i nikt nie słucha bohaterowie snują plany, prowadzą interesy i wykuwają swój los.

„A historia gada z baśnią” będzie publikowana w odcinkach, które pojawią się dwa razy w tygodniu – w każdy czwartek i niedzielę, zarówno na stronie internetowej Muzeum Wsi Lubelskiej, jak i na profilu społecznościowym Facebook.

#zostańwdomu

 

Życzymy przyjemnej lektury!

 

Odc. 1 Wprowadzenie

 

Kiedy przez kilka marcowych dni w muzeum zabrakło kustoszy i opiekunów ekspozycji, rychło w skansenie pojawili się jego prawdziwi gospodarze. Teraz na miasteczkowym rynku i na wiejskich gościńcach kłaniają się sobie i układają interesy postacie z dawnej codzienności Lubelszczyzny i postacie baśniowe. Ci ostatni to zasiedleńcy wymyślonych ekspozycji, ot choćby tacy krawcy i szewcy, gotowi teraz szyć i naprawiać, byleby tylko w miasteczkowym świecie zwracano się do nich po  imieniu – jak do starych, dobrych znajomych. I jednych, i drugich, historycznych i baśniowych, nikt w tych dniach nie płoszy. Nie ma komu dziwić się, albo uśmiechać do gwary Lubelaków z Powiśla, do mowy nadbużańskich Rusinów i do targowego zaśpiewu Żydów.

W miasteczku, w narożnym sklepie, stary Hersz Libhaber, może wreszcie do woli pogadać ze swoim towarem żelaznym. Na wyżynnej podlubelskiej wsi dwunastoletni Maciek od kilku dni głośno marzy o praktyce czeladniczej u kowala Jędrzeja. A dziedzic Roman Raciszewski? On poważnie zastanowia się, czy w tym roku wydzierżawić dworski sad Abramowi z miasteczka czy też sprawę przerobu i zbytu owoców wziąć w swoje ręce.

Ot, niby tak każdy kręci się obok innych, a żyje dla siebie. I tak każdy otrzepuje kapotę z lat niebytu, przeciera oczy. I daremnie szuka znajomych, bo przecież w tym skansenie każdy z innego miasteczka. Albo z wsi rozrzuconych po całej Lubelszczyźnie.

Ale! Ale! Czy już za chwilę nie połączy ich jakiś interes wspólny? Silna potrzeba natychmiastowego sfinalizowania razem niesłychanie ważnej sprawy? Podejmą działania, w które w tych dniach, dniach ich przywołania, zanurzą się bezgranicznie. 

 

 

Odc. 2

 

Moszek już nie spał. Leżał obok małżonki w wiedeńskim łóżku, które wybrała dla nich Pani Kustosz. Na pulpicie starej singerowskiej maszyny do szycia ślepe światło świtu brało się już do rozczesywania loczków w peruce Rywki. Bekerowski budzik jeszcze ostatnim wysiłkiem na kilka sekund zahamował dzwonek.

Tam gdzie wczoraj były trzy rzędy ławek dla uczestników zajęć edukacyjnych w kuchni Moszka Klajnera, stały teraz dwa metalowe łóżka Lejbka i Chajeczki. Dwunastoletnie bliźniaki były podobne do siebie niczym domki przy rynku w Siedliszczu. Śniły wprawdzie niezależnie, lecz oboje z wielkim pożytkiem dla rodziny i swojej przyszłości. Chajeczka już trzeci raz w nocy karmiła lnianą lalkę, zaś Lejbek sprawnie pomagał wujowi w jego sklepie żelaznym. Wieśniaczkom zaglądającym do Hersza Lejbek dobierał z półek najlepsze żeliwne sagany, a na prezent weselny polecał przyszłym teściowym emaliowane niebieskie czajniki.

Małżonkowie wstali razem. W kuchni panował mrok i było zimno. Od dawna nie mieli ani dostępu do leśnego chrustu, ani pieniędzy na zakup choćby worka szyszek. Moszek nałożył na siebie wybłyszczony czteroguzikowy kaftan, który teraz, w najzimniejszych godzinach granicy nocy i dnia, skrywał jeszcze pod sobą cebulkę trzech koszul. Do tego resztka butów z cholewami i poobcierana krymka.

Nasz bohater, doczekawszy poza sezonem swojego prawdziwego czasu, niepodglądany i niepłoszony, ubrany był teraz znacznie gorzej niż dzisiejsi naśladowcy takich miasteczkowych postaci odgrywanych w muzealnym teatrze. Postacie tej opowieści, Moszek i inni pojawiły się wyłącznie dzięki temu, iż nie mogły być podglądane. Wysypały się w tych dniach jak grzyby – skądinąd wiemy, że te rosną wówczas, gdy ludzie już nie patrzą w runo, nie zaglądają pod liście, oddalają się i zostawiają las samemu sobie.

Moszek wspomagany podziwem żony założył na plecy wielką skrzynię domokrążcy. Oby wieczorem nie była wciąż pusta! Ale nawet teraz, ta pozbawiona jeszcze jakiegokolwiek towaru świerkowa skrzynia po mydle Schichta wpijała się w ramiona mężczyzny parcianymi szelkami. Dno skrzyni aż zadudniło ze szczęścia, gdy Rywka wspięła się na palcach i wrzuciła tam zawiniątko z czterema pieczonymi ziemniakami. Potem, już bardzo ostrożnie, w sianie przeznaczonym do moszczenia zakupionych jajek, zagrzebała butelkę z wodą owiniętą w lniany ręcznik. A że było to tuż przed świętem Pesach, Rywka rozpuściła w starym saganie trzy gomółki glinki wapiennej. Po wyjściu męża dodała kostkę lakmusu i prośnianym pędzlem malowała ściany paleniska. W miarę jak w izbie dniało, żydowskie niebo na ścianach pieca kłębiło się już w suchych i wilgotnych wstęgach niebieskich.

No i tak to, jeszcze przed świtem, Moszek domokrążca wyruszył na wieś Wyżyny Lubelskiej. Idąc – wiorsta za wiorstą – odkrywał, iż nie ma w kraju nad Wisłą takiego gościńca, który by w końcu nie prowadził albo z miasteczka na wieś, albo ze wsi do miasteczka.

 

 

Odc. 3

 

W słabnących ciemnościach nocy pierwsze blaski na wschodnich płaszczyznach wapiennych kominów stopniowo rozrysowywały skansenowską zabudowę wsi i miasteczka. W tych dniach Moszek i Rywka nie byli jedynymi postaciami, którym baśń i historia przywróciły życie w przestrzeni muzeum. Po wsiach, dworze i w miasteczku niezliczona ilość mieszkańców krzątała się już w obejściach i wykazywała codzienną troskę o współczesną im codzienność. Przeganiano myszy z komór, w piwnicach prawie po omacku ze sterty sadzeniaków wybierano co miększe ziemniaki na śniadanie i obiad. Kto zaplanował tego dnia wyprawę na targ do miasteczka już był w drodze. Oho! Przecież pierwsze wozy z piaszczystego  gościńca wjeżdżały już na miasteczkowy bruk. Skrzypienie drewnianych piast zagłuszał już stuk żelaznych obręczy. Gdy zaprzęgi wjeżdżały w ulicę Głuską naprzeciw domu Hersza Libhabera, ten stuk obręczy całkowicie zagłuszał rejwach Żydówek. Pochylone nad burtami wozów, ustawicznie grzebały w słomie pełnej gęsich szyj, koszy jaj i warkoczy lnu. To tu, tu, właśnie na Głuskiej chciały kupić wszystko taniej nim furmanki dotrą na rynek. Tam na placu rynkowym, w cieniu kościoła, otulone ratuszem i wianuszkiem podcieni, zaspokojone studnią, wszystkie ceny, tak jak i wszystkie chłopskie konie, staną sobie spokojnie na wiele godzin.

Czytelnik pewnie już wie, że publiczność w muzeum nigdy nie może zobaczyć wszystkiego. Może się nawet taki klient długo zastanawiać, wybierać, planować – spacerować, zwiedzać czy studiować? Ale i tak wszystkiego nie zobaczy! Jest jednak pewna różnica jakości w fakcie, że taki Gość o tym, że tak niewiele zwiedził dowiaduje się od przewodnika dopiero wraz z końcem oprowadzania, i w fakcie, że taki Gość jest uprzedzony na wstępie, witając się z kustoszem albo przewodnikiem, że nie może zaliczyć wszystkich obiektów, i ma właśnie teraz możliwość wyrażenia swojego życzenia, co zwiedzić. Tak i ta powieść nie mogąc ogarnąć wszystkich przejawów i całego bogactwa dawnego życia codziennego toczącego się w skansenie z chwilą zamknięcia jego granic dla innoczasowców, skupiać się będzie coraz bardziej na postaciach istotnych dla naszej sagi.

Zamki mocno wysunęły teraz zmrożone języczki i rygle w drzwiach zewnętrznych skansenu. Jednak furty, bramy, drzwi, kładki i miedzuchy wewnątrz muzeum, w miasteczku, po wsiach i na folwarku są w tych dniach jeszcze bardziej otwarte. Nieustannie przechodzi przez nie mnóstwo osób z baśni i historii.

Jednakże od teraz skoncentrujmy się już tylko na garstce postaci niezbędnych dla biegu akcji. Narracji prowadzonej, da Bóg, tak po prostu, bez ukazywania przemocy i złodziejstwa, bez obrażania wszystkich razem i każdego z osobna – kustoszy, II Rzeczypospolitej, Żydów, obszarników, żebraków, kapitanów żeglugi wiślanej, krawców, bezrolnych, listonoszy i rodziców nie posyłających dzieci do szkoły. Może uda się kreślić akcję wyraziście uwypuklając spryt i dobrą wolę bohaterów – garstki osób, którzy ujawnili się w tych dniach i których zjednoczył  interes, dobra wola i talent.

Oto Piękna Kowalowa! Od dziś łączy ją z żoną dziedzica posiadanie wytwornej halki z pantalonami. Była to combinaison – spódniczka z batystu, przybrana walansjenką i haftem ręcznym. Wczoraj listonosz przyniósł do kuźni Jędrzeja paczkę z bielizną zamówioną w domu towarowym Braci Jabłkowskich. Słuchałem ja raz jak historia życia codziennego opowiadała, iż raz na kilka miesięcy niektórym bardzo kochanym żonom mężowie – wcale nie wysokiego stanu, padło tu że to piekarz z Cycowa, włościanin  z Motycza, czy kowal z Korytkowa, a nawet woźny gminny z Żółkiewki – pozwalali by sprawiły sobie coś na miarę z najwyższej półki, najlepiej od Braci Jabłkowskich z Warszawy. Niektórzy nawet zachęcali do takich zakupów. W mieszkaniach tych mężatek zazwyczaj nie było wówczas elektryczności. Kowalowa wertowała więc katalog wysyłkowy wczesnym popołudniem w środku wsi siedząc na ławeczce pod remizą, pozwalając zaglądać wszystkim przez ramię.

Jędrzej zbudził się pierwszy i zaraz poszedł rozpalić w kuźni. Wkrótce wstała i Kowalowa. Uklękła przez obrazem. Przed „Matką Boską z Otwartym Sercem” wymodliła to co zawsze. A potem to co zawsze poczuła – w nocy jej halka, oj więcej bo cały combinaison, tym razem nie lniana, a nowa i niezwyczajna, mocno przesiąkła dymem kuźni, wielokrotnie rozgrzewanym i schładzanym żelazem, codzienną harówką małżonka. Piękna przeszła do sieni, otworzyła na przestrzał dwoje drzwi od chałupy. Stanęła po środku. Teraz od podwórka często zaglądał do wnętrza drób, gąsiory i koguty, od gościńca przez ułamek sekundy w kierunku otwartych drzwi  przechylali głowę chłopi na wozach, lecz nim zdążyli wstrzymać konie, wozy mijały już prześwit futryny. Piękna Kowalowa stała tak nieruchomo przez całą pierwszą godzinę ranka. Panujący w sieni delikatny przeciąg falował warszawską halką i powoli, bardzo powoli ściągał z niej woń miejscową. 

Tego samego ranka o świcie dziedzic Raciszewski wysiadł w Chełmie z nocnego pociągu z Warszawy. Będąc w podeszłym wieku brał zawsze pod uwagę nocleg u Kupfersztoka w „Hotelu Europejskim”. Teraz jednak nie czuł zmęczenia i bez targu wsiadł do żydowskiej bryczki. Bagażowy z dworca pomagał  dorożkarzowi upinać liczne podarunki. Były wśród nich dwa wielkie pudła z prezentami dla dzieci – blaszaną drezynką i welocypedem. Paczuszkę z bielizną już w pociągu miał ze sobą. Teraz położył ją na siedzeniu obok skórzanego lekarskiego kuferka. Po czterech godzinach jazdy na południe dotrą do rodzinnych Uchań. Wśród licznych zakupów dla Maryni będzie combinaison – spódniczka z batystu, przybrana walansjenką i haftem ręcznym.                

Tego samego ranka w zagrodzie ze wsi Niemce pod Lublinem z krowy Cieluszki urodziło się zdrowe cielątko. Kilka chwil po porodzie trzy pokolenia rodziny Szczepana za przychówek już dziękowały serdecznie Bogu. Dziadek Wincenty, babka Józefa, Szczepan, Marianna i dzieci Maciek i Hania. Rodzina zebrała się i skupiła się jak rój w sadzie od gościńca a wszyscy zaraz zwrócili oczy ku wschodzącemu słońcu. Nieruchomo podziwiali je we wspólnym zachwycie. I tak zastał ich Moszek, szczęśliwych, obezwładnionych harmonią świtu. Zaraz przyszła mu do  głowy myśl, podobna do myśli sławnego cadyka – taż w tej mojej wsi ludzie mają dusze a nie zegarki.

A był w tej rodzinie dwunastoletni Maciek, rówieśnik Lejbka i Chajeczki, który pierwszy wyrwał się z rodzinnej jedności zachwytu wschodzącym wczesnowiosennym słońcem. Wykorzystując, iż piec w kuchni nieco już wystygł, porwał największą fajerkę i wybiegł z nią na gościniec. Przypomnę, iż w tym czasie, nie było już w tym wiejskim muzealnym świecie opiekunów ekspozycji, więc postacie z baśni i historii rządziły się jak u siebie i brały wszystkie przedmioty jak swoje. 

         Pierwszy czyn Maćka zauważył dziadek Wincenty. Tak przemówił:

        

         Maćku, zabrałeś matce fajerkę!

         I po gościńcu chcesz toczyć ją?

         Oby nie wpadła tobie do rzeki!

         Fajerki matce potrzebne są!

         Gdy byłem młody dziadek mój Tadek

         a twój prapradziad, drewniane tylko narzędzia miał.

         Wozami dowożono stal! Zza Wisły!

         Lecz była taaaka droga!

         Maćku, do góry głowa!

         Na drzewa patrz!

 

W tym momencie stary Wincenty zaczął gwałtownie wymachiwać ramionami wznosząc je ku starej gruszy, która w sadku jako pierwsza rosła od gościńca. Maciek chwycił w rękę fajerkę i zaraz przybiegł do dziadka, którego bardzo szanował. Śledził jego ręce i dostrzegał jak stara grusza obdarowywała go kolejnymi samorodnymi narzędziami i sprzętami.  

 

         Tu rośnie radło, tam widły masz!

         A kiedy gruszę wywróci wiatr

         ławkę dla matki znajdziesz w korzeniach.

 

1.Dom towarowy Bracia Jabłkowscy Sp. Akc. Warszawa, 1926.

 

2.W. Grabowski, Dzieci chłopskie w pierwszych promieniach słońca, Kłosy, t. 40, 1885, s. 196. Reprod. za: B. Baranowski, Życie codzienne między Wartą a Pilicą w XIX w., Warszawa 1969, il. 34.