„A historia gada z baśnią”
-powieść w odcinkach
#zostańwdomu

W tym trudnym dla wszystkich czasie chcąc umilić Państwu chwile proponujemy lekturę piszącej się powieści pt. „A historia gada z baśnią”. Autorem tekstu jest wieloletni pracownik Muzeum Wsi Lubelskiej, kustosz p. Grzegorz Miliszkiewicz.

Gdy zamilkły gwarne rozmowy gości Muzeum, ucichły kroki opiekunów zakątków skansenu, spod wprawnego pióra jednego kustosza wylewa się historia – baśń, w której czas teraźniejszy staje się czasem przeszłym, a w Muzealnym Miasteczku zaczyna tętnić życie zupełnie inne od współczesnego, doskonale nam znanego. Nie ma już opuszczonych domów, nieczynnych sklepów i pustych uliczek…i gdy nikt nie widzi i nikt nie słucha bohaterowie snują plany, prowadzą interesy i wykuwają swój los.

„A historia gada z baśnią” będzie publikowana w odcinkach, które pojawią się dwa razy w tygodniu – w każdy czwartek i niedzielę, zarówno na stronie internetowej Muzeum Wsi Lubelskiej, jak i na profilu społecznościowym Facebook.

#zostańwdomu

 

Życzymy przyjemnej lektury!

 

Odc. 1 Wprowadzenie

 

Kiedy przez kilka marcowych dni w muzeum zabrakło kustoszy i opiekunów ekspozycji, rychło w skansenie pojawili się jego prawdziwi gospodarze. Teraz na miasteczkowym rynku i na wiejskich gościńcach kłaniają się sobie i układają interesy postacie z dawnej codzienności Lubelszczyzny i postacie baśniowe. Ci ostatni to zasiedleńcy wymyślonych ekspozycji, ot choćby tacy krawcy i szewcy, gotowi teraz szyć i naprawiać, byleby tylko w miasteczkowym świecie zwracano się do nich po  imieniu – jak do starych, dobrych znajomych. I jednych, i drugich, historycznych i baśniowych, nikt w tych dniach nie płoszy. Nie ma komu dziwić się, albo uśmiechać do gwary Lubelaków z Powiśla, do mowy nadbużańskich Rusinów i do targowego zaśpiewu Żydów.

W miasteczku, w narożnym sklepie, stary Hersz Libhaber, może wreszcie do woli pogadać ze swoim towarem żelaznym. Na wyżynnej podlubelskiej wsi dwunastoletni Maciek od kilku dni głośno marzy o praktyce czeladniczej u kowala Jędrzeja. A dziedzic Roman Raciszewski? On poważnie zastanowia się, czy w tym roku wydzierżawić dworski sad Abramowi z miasteczka czy też sprawę przerobu i zbytu owoców wziąć w swoje ręce.

Ot, niby tak każdy kręci się obok innych, a żyje dla siebie. I tak każdy otrzepuje kapotę z lat niebytu, przeciera oczy. I daremnie szuka znajomych, bo przecież w tym skansenie każdy z innego miasteczka. Albo z wsi rozrzuconych po całej Lubelszczyźnie.

Ale! Ale! Czy już za chwilę nie połączy ich jakiś interes wspólny? Silna potrzeba natychmiastowego sfinalizowania razem niesłychanie ważnej sprawy? Podejmą działania, w które w tych dniach, dniach ich przywołania, zanurzą się bezgranicznie. 

 

 

Odc. 2

 

Moszek już nie spał. Leżał obok małżonki w wiedeńskim łóżku, które wybrała dla nich Pani Kustosz. Na pulpicie starej singerowskiej maszyny do szycia ślepe światło świtu brało się już do rozczesywania loczków w peruce Rywki. Bekerowski budzik jeszcze ostatnim wysiłkiem na kilka sekund zahamował dzwonek.

Tam gdzie wczoraj były trzy rzędy ławek dla uczestników zajęć edukacyjnych w kuchni Moszka Klajnera, stały teraz dwa metalowe łóżka Lejbka i Chajeczki. Dwunastoletnie bliźniaki były podobne do siebie niczym domki przy rynku w Siedliszczu. Śniły wprawdzie niezależnie, lecz oboje z wielkim pożytkiem dla rodziny i swojej przyszłości. Chajeczka już trzeci raz w nocy karmiła lnianą lalkę, zaś Lejbek sprawnie pomagał wujowi w jego sklepie żelaznym. Wieśniaczkom zaglądającym do Hersza Lejbek dobierał z półek najlepsze żeliwne sagany, a na prezent weselny polecał przyszłym teściowym emaliowane niebieskie czajniki.

Małżonkowie wstali razem. W kuchni panował mrok i było zimno. Od dawna nie mieli ani dostępu do leśnego chrustu, ani pieniędzy na zakup choćby worka szyszek. Moszek nałożył na siebie wybłyszczony czteroguzikowy kaftan, który teraz, w najzimniejszych godzinach granicy nocy i dnia, skrywał jeszcze pod sobą cebulkę trzech koszul. Do tego resztka butów z cholewami i poobcierana krymka.

Nasz bohater, doczekawszy poza sezonem swojego prawdziwego czasu, niepodglądany i niepłoszony, ubrany był teraz znacznie gorzej niż dzisiejsi naśladowcy takich miasteczkowych postaci odgrywanych w muzealnym teatrze. Postacie tej opowieści, Moszek i inni pojawiły się wyłącznie dzięki temu, iż nie mogły być podglądane. Wysypały się w tych dniach jak grzyby – skądinąd wiemy, że te rosną wówczas, gdy ludzie już nie patrzą w runo, nie zaglądają pod liście, oddalają się i zostawiają las samemu sobie.

Moszek wspomagany podziwem żony założył na plecy wielką skrzynię domokrążcy. Oby wieczorem nie była wciąż pusta! Ale nawet teraz, ta pozbawiona jeszcze jakiegokolwiek towaru świerkowa skrzynia po mydle Schichta wpijała się w ramiona mężczyzny parcianymi szelkami. Dno skrzyni aż zadudniło ze szczęścia, gdy Rywka wspięła się na palcach i wrzuciła tam zawiniątko z czterema pieczonymi ziemniakami. Potem, już bardzo ostrożnie, w sianie przeznaczonym do moszczenia zakupionych jajek, zagrzebała butelkę z wodą owiniętą w lniany ręcznik. A że było to tuż przed świętem Pesach, Rywka rozpuściła w starym saganie trzy gomółki glinki wapiennej. Po wyjściu męża dodała kostkę lakmusu i prośnianym pędzlem malowała ściany paleniska. W miarę jak w izbie dniało, żydowskie niebo na ścianach pieca kłębiło się już w suchych i wilgotnych wstęgach niebieskich.

No i tak to, jeszcze przed świtem, Moszek domokrążca wyruszył na wieś Wyżyny Lubelskiej. Idąc – wiorsta za wiorstą – odkrywał, iż nie ma w kraju nad Wisłą takiego gościńca, który by w końcu nie prowadził albo z miasteczka na wieś, albo ze wsi do miasteczka.

 

 

Odc. 3

 

W słabnących ciemnościach nocy pierwsze blaski na wschodnich płaszczyznach wapiennych kominów stopniowo rozrysowywały skansenowską zabudowę wsi i miasteczka. W tych dniach Moszek i Rywka nie byli jedynymi postaciami, którym baśń i historia przywróciły życie w przestrzeni muzeum. Po wsiach, dworze i w miasteczku niezliczona ilość mieszkańców krzątała się już w obejściach i wykazywała codzienną troskę o współczesną im codzienność. Przeganiano myszy z komór, w piwnicach prawie po omacku ze sterty sadzeniaków wybierano co miększe ziemniaki na śniadanie i obiad. Kto zaplanował tego dnia wyprawę na targ do miasteczka już był w drodze. Oho! Przecież pierwsze wozy z piaszczystego  gościńca wjeżdżały już na miasteczkowy bruk. Skrzypienie drewnianych piast zagłuszał już stuk żelaznych obręczy. Gdy zaprzęgi wjeżdżały w ulicę Głuską naprzeciw domu Hersza Libhabera, ten stuk obręczy całkowicie zagłuszał rejwach Żydówek. Pochylone nad burtami wozów, ustawicznie grzebały w słomie pełnej gęsich szyj, koszy jaj i warkoczy lnu. To tu, tu, właśnie na Głuskiej chciały kupić wszystko taniej nim furmanki dotrą na rynek. Tam na placu rynkowym, w cieniu kościoła, otulone ratuszem i wianuszkiem podcieni, zaspokojone studnią, wszystkie ceny, tak jak i wszystkie chłopskie konie, staną sobie spokojnie na wiele godzin.

Czytelnik pewnie już wie, że publiczność w muzeum nigdy nie może zobaczyć wszystkiego. Może się nawet taki klient długo zastanawiać, wybierać, planować – spacerować, zwiedzać czy studiować? Ale i tak wszystkiego nie zobaczy! Jest jednak pewna różnica jakości w fakcie, że taki Gość o tym, że tak niewiele zwiedził dowiaduje się od przewodnika dopiero wraz z końcem oprowadzania, i w fakcie, że taki Gość jest uprzedzony na wstępie, witając się z kustoszem albo przewodnikiem, że nie może zaliczyć wszystkich obiektów, i ma właśnie teraz możliwość wyrażenia swojego życzenia, co zwiedzić. Tak i ta powieść nie mogąc ogarnąć wszystkich przejawów i całego bogactwa dawnego życia codziennego toczącego się w skansenie z chwilą zamknięcia jego granic dla innoczasowców, skupiać się będzie coraz bardziej na postaciach istotnych dla naszej sagi.

Zamki mocno wysunęły teraz zmrożone języczki i rygle w drzwiach zewnętrznych skansenu. Jednak furty, bramy, drzwi, kładki i miedzuchy wewnątrz muzeum, w miasteczku, po wsiach i na folwarku są w tych dniach jeszcze bardziej otwarte. Nieustannie przechodzi przez nie mnóstwo osób z baśni i historii.

Jednakże od teraz skoncentrujmy się już tylko na garstce postaci niezbędnych dla biegu akcji. Narracji prowadzonej, da Bóg, tak po prostu, bez ukazywania przemocy i złodziejstwa, bez obrażania wszystkich razem i każdego z osobna – kustoszy, II Rzeczypospolitej, Żydów, obszarników, żebraków, kapitanów żeglugi wiślanej, krawców, bezrolnych, listonoszy i rodziców nie posyłających dzieci do szkoły. Może uda się kreślić akcję wyraziście uwypuklając spryt i dobrą wolę bohaterów – garstki osób, którzy ujawnili się w tych dniach i których zjednoczył  interes, dobra wola i talent.

Oto Piękna Kowalowa! Od dziś łączy ją z żoną dziedzica posiadanie wytwornej halki z pantalonami. Była to combinaison – spódniczka z batystu, przybrana walansjenką i haftem ręcznym. Wczoraj listonosz przyniósł do kuźni Jędrzeja paczkę z bielizną zamówioną w domu towarowym Braci Jabłkowskich. Słuchałem ja raz jak historia życia codziennego opowiadała, iż raz na kilka miesięcy niektórym bardzo kochanym żonom mężowie – wcale nie wysokiego stanu, padło tu że to piekarz z Cycowa, włościanin  z Motycza, czy kowal z Korytkowa, a nawet woźny gminny z Żółkiewki – pozwalali by sprawiły sobie coś na miarę z najwyższej półki, najlepiej od Braci Jabłkowskich z Warszawy. Niektórzy nawet zachęcali do takich zakupów. W mieszkaniach tych mężatek zazwyczaj nie było wówczas elektryczności. Kowalowa wertowała więc katalog wysyłkowy wczesnym popołudniem w środku wsi siedząc na ławeczce pod remizą, pozwalając zaglądać wszystkim przez ramię.

Jędrzej zbudził się pierwszy i zaraz poszedł rozpalić w kuźni. Wkrótce wstała i Kowalowa. Uklękła przez obrazem. Przed „Matką Boską z Otwartym Sercem” wymodliła to co zawsze. A potem to co zawsze poczuła – w nocy jej halka, oj więcej bo cały combinaison, tym razem nie lniana, a nowa i niezwyczajna, mocno przesiąkła dymem kuźni, wielokrotnie rozgrzewanym i schładzanym żelazem, codzienną harówką małżonka. Piękna przeszła do sieni, otworzyła na przestrzał dwoje drzwi od chałupy. Stanęła po środku. Teraz od podwórka często zaglądał do wnętrza drób, gąsiory i koguty, od gościńca przez ułamek sekundy w kierunku otwartych drzwi  przechylali głowę chłopi na wozach, lecz nim zdążyli wstrzymać konie, wozy mijały już prześwit futryny. Piękna Kowalowa stała tak nieruchomo przez całą pierwszą godzinę ranka. Panujący w sieni delikatny przeciąg falował warszawską halką i powoli, bardzo powoli ściągał z niej woń miejscową. 

Tego samego ranka o świcie dziedzic Raciszewski wysiadł w Chełmie z nocnego pociągu z Warszawy. Będąc w podeszłym wieku brał zawsze pod uwagę nocleg u Kupfersztoka w „Hotelu Europejskim”. Teraz jednak nie czuł zmęczenia i bez targu wsiadł do żydowskiej bryczki. Bagażowy z dworca pomagał  dorożkarzowi upinać liczne podarunki. Były wśród nich dwa wielkie pudła z prezentami dla dzieci – blaszaną drezynką i welocypedem. Paczuszkę z bielizną już w pociągu miał ze sobą. Teraz położył ją na siedzeniu obok skórzanego lekarskiego kuferka. Po czterech godzinach jazdy na południe dotrą do rodzinnych Uchań. Wśród licznych zakupów dla Maryni będzie combinaison – spódniczka z batystu, przybrana walansjenką i haftem ręcznym.                

Tego samego ranka w zagrodzie ze wsi Niemce pod Lublinem z krowy Cieluszki urodziło się zdrowe cielątko. Kilka chwil po porodzie trzy pokolenia rodziny Szczepana za przychówek już dziękowały serdecznie Bogu. Dziadek Wincenty, babka Józefa, Szczepan, Marianna i dzieci Maciek i Hania. Rodzina zebrała się i skupiła się jak rój w sadzie od gościńca a wszyscy zaraz zwrócili oczy ku wschodzącemu słońcu. Nieruchomo podziwiali je we wspólnym zachwycie. I tak zastał ich Moszek, szczęśliwych, obezwładnionych harmonią świtu. Zaraz przyszła mu do  głowy myśl, podobna do myśli sławnego cadyka – taż w tej mojej wsi ludzie mają dusze a nie zegarki.

A był w tej rodzinie dwunastoletni Maciek, rówieśnik Lejbka i Chajeczki, który pierwszy wyrwał się z rodzinnej jedności zachwytu wschodzącym wczesnowiosennym słońcem. Wykorzystując, iż piec w kuchni nieco już wystygł, porwał największą fajerkę i wybiegł z nią na gościniec. Przypomnę, iż w tym czasie, nie było już w tym wiejskim muzealnym świecie opiekunów ekspozycji, więc postacie z baśni i historii rządziły się jak u siebie i brały wszystkie przedmioty jak swoje. 

         Pierwszy czyn Maćka zauważył dziadek Wincenty. Tak przemówił:

        

         Maćku, zabrałeś matce fajerkę!

         I po gościńcu chcesz toczyć ją?

         Oby nie wpadła tobie do rzeki!

         Fajerki matce potrzebne są!

         Gdy byłem młody dziadek mój Tadek

         a twój prapradziad, drewniane tylko narzędzia miał.

         Wozami dowożono stal! Zza Wisły!

         Lecz była taaaka droga!

         Maćku, do góry głowa!

         Na drzewa patrz!

 

W tym momencie stary Wincenty zaczął gwałtownie wymachiwać ramionami wznosząc je ku starej gruszy, która w sadku jako pierwsza rosła od gościńca. Maciek chwycił w rękę fajerkę i zaraz przybiegł do dziadka, którego bardzo szanował. Śledził jego ręce i dostrzegał jak stara grusza obdarowywała go kolejnymi samorodnymi narzędziami i sprzętami.  

 

         Tu rośnie radło, tam widły masz!

         A kiedy gruszę wywróci wiatr

         ławkę dla matki znajdziesz w korzeniach.

 

1.Dom towarowy Bracia Jabłkowscy Sp. Akc. Warszawa, 1926.

 

2.W. Grabowski, Dzieci chłopskie w pierwszych promieniach słońca, Kłosy, t. 40, 1885, s. 196. Reprod. za: B. Baranowski, Życie codzienne między Wartą a Pilicą w XIX w., Warszawa 1969, il. 34.

 

 

Odc.4

 

Tuż za Moszkiem całą szerokością gościńca przez muzealną wieś szło stado kilkudziesięciu krów pędzonych przez dwóch pastuchów. Każdego ranka cel był ten sam – gromadzkie pastwisko znajdujące się na drugim krańcu wsi, aż za starym bezskrzydłym wiatrakiem. Obaj pastuszkowie byli niewiele starsi od Maćka, lecz w przeciwieństwie do niego zostali przez II Rzeczypospolitą zwolnieni od obowiązku szkolnego ze względu na liczne dobrze poświadczone ułomności.          

Zabudowa wsi Wyżyny Lubelskiej biegła niczym łańcuch, poskręcana z ogniw zabudowy i naprzeciwlegle usytuowanych pól. Teraz, w niespełna godzinę po świcie, promienie słoneczne przerwami między budynkami od wschodu wdzierały się na gościniec. Raz po raz, z kolejnych zagród usytuowanych po lewej i prawej stronie drogi przez wieś, dołączały do stada kolejne Cieluszki, Czarnule, Krasule i kilka sztuk podrośniętej młodzieży. Bywało, że i kilkanaście krów parło ławą w jednym rzędzie gościńcem i wówczas pod naporem łbów i brzuchów trzaskały chruściane płoty, a rzędy osikowych sztachet wyginane w łuk do granic wytrzymałości z hukiem jakoś wracały do pionu.

Kilka krowich rogów bodnęło też w skrzynie domokrążcy. Gwałtownie kilkakrotnie mocno popchnęło Moszka, tak, że raz nawet w środku rozdzwoniła się butelczyna z wodą. Lecz on już był u celu – oto skręcał na lewo na Szczepanowe podwórko. Z Wincentym i Szczepanem znał się od lat, tu mógł zażartować a i oni chętnie na żart odpowiadali żartem.  

Spostrzegłszy Moszka kilka gęsi pięknie zgranym ruchem szyi wykonało powitalny taniec a na widok gościa w zagrodzie rudozłoty kogut wskoczył na płot i zapiał dwukrotnie. Rodzina wróciła już z sadu. Wincenty, Szczepan i Maciek stali teraz na środku podwórka, mocno gestykulując i poprawiając coś przy wozie. Marianna i Haneczka z koszykami kucnęły w drzwiach chałupy. Namawiały się na solidne przeszukanie obejścia, bowiem jak na tę porę roku noc była bardzo ciepła i wiele kur niosło się dobrze lecz coraz częściej poza budynkami.

         Moszek zdjął z pleców skrzynię domokrążcy i zaczął jak zwykle po swojemu:

        

         Witajcie mili gospodarze!

         Chodzę po wiosce, skupuję złom.

         Stare żelazka, pęknięte drzwiczki,

         wrzeciądze, śruby i wielkie gwoździe!

 

Tu zatrzymał wiersz, chcąc być właściwie odebrany przez Szczepana. Przecież chłop nie w ciemię bity, gwoździ z gospodarstwa się nie pozbędzie. Po chwili więc dodał, że skupuje:

 

         Nu, gwoździe, jeśli już krzywe są!

 

Szczepan wskazał ręką na poddach przy stajni. Kilka dni temu, gdy ekspozycja była jeszcze udostępniana, opiekunowie muzealni trzymali tam dwie taczki. Teraz taczki zupełnie znikły i pojawiła się w tym miejscu sterta złomu z czasów carskich i Polski Odrodzonej. Tu musimy wyjaśnić czytelnikowi, że takie miejsce w zagrodzie nazywano – podobnie jak w kuźni – graciarnią. Chłop rzucał tam wszelki złom żeliwny i kowalny. Moszek wiedział, gdzie każdy z gospodarzy na tej wsi ma w obejściu graciarnię. Wiedział też, że u każdego może kupić co najwyżej złom żeliwny. Bo żelazo, choćby nie wiedzieć jak zużyte, lecz przecież dające się przekuć, w gospodarstwie zawsze się do czegoś przydawało. Dobrze o tym wiedział. I dobrze wiedział co usłyszy teraz od Szczepana.

        

         Witaj nam Moszku!

         Spytasz o jajka, spytasz o pierze

         i już spytałeś nas o złom!

         W sąsiedniej wsi mamy kowala!

         Jeżeli gwoździe krzywe są

         to je prostuje, ot prosta sprawa!

 

Moszek pomyślał. Oj, jeśli my tak teraz mówimy do siebie, ja przecież ojciec Lejbka i Chaji, i Szczepan, przecież ojciec Maćka i Hani, to chodzi o dzieci. Żeby słyszały, żeby czuły nasze słowa, wypowiedzi może trochę interesowne, ale zawsze przyjazne. Tu chyba będzie chodziło o Maćka!    

No właśnie! „W sąsiedniej wsi mamy kowala”. Czy tu Szczepan czasem nie miał na myśli Jędrzeja? W toku naszej powieści opuściliśmy Piękną Kowalową, gdy po pierwszej nocy użytkowania wietrzyła swój combinaison – spódniczkę z batystu, przybraną walansjenką i haftem ręcznym. Teraz pora nam zajrzeć do Kowalowej.

Piękna właśnie wróciła z sieni po wielkim wietrzeniu. Zdjęła komplet. Zrezygnowała ze wścielenia do małżeńskiego łoża combinasion wraz z bawełnianą chusteczką. Tego ranka starannie ułożyła bieliznę w malowanej skrzyni posażnej.

Jeszcze zbyt wcześnie by wołać Jędrzeja z kuźni na śniadanie. Ziemniaki w łupinach kąpały się we wrzątku, a drewniana pokrywa sagana już prawie parskała ze śmiechu. Siły kowalowi na całe przedpołudnie ciężkiej kuziennej pracy da jednak kapusta z grochem, której zapachem właśnie przechwalał się sąsiedni garnek.              

Mając znów chwilę czasu dla siebie Kowalowa sięgnęła po rolę. Swoją kwestię zna już na pamięć. Dziś próba w Bedlnie, w tamtejszej remizie. W sztuczce „Saga o Józku Drzewieniu” zagra, jakże by inaczej, rolę Kowalowej. Dziękować Bogu za ten prawdziwy zbieg okoliczności. To będzie młoda rozśpiewana dziewczyna. Z motykami wyrobionymi przez męża kowala wyprawiają się aż na Wołyń. Docierają nad Bug i w tłumie czekają na przeprawę, bo most jest w budowie. Tam oboje dają wspaniały koncert. Ona dopływa do pala po starym moście, przysiada na nim i śpiewa. On przygrywa jej z przystani na harmonii. Klaszczą cieśle i podróżni na obu brzegach. Kapelusz harmonisty już po chwili jest pełen kopiejek.  

Premiera równo za miesiąc. Próby, próby ale wciąż bez partnera. Kto będzie moim mężem i kochankiem na scenie? Kowalowa jest przekonana, że aby ten teatr amatorski w remizie z Bedlna wypadł znakomicie, role jej męża i kowala powinien dostać młodzieniec. Piękna nie zna jeszcze jego twarzy i imienia.

 

1.Pieter Bruegel, Powrót stada, 1565.

 

2.Domokrążca ze swoim uczniem, wariacje na temat pocztówki z 1899 r. 

 

 

Odc. 5

 

        

Zimę mamy już za sobą, i przyznacie, że była wyjątkowo łagodna. Taka jak i w niektórych tamtych latach gdy Wisły także nie skuły lody i na powierzchni rzeki trudno było dostrzec choćby płatek kry. Ani zimą ani wczesną wiosną nie było opadów na Pogórzu i nie przyszła stamtąd choćby najmniejsza fala powodziowa. Nic więc nie przeszkadzało udziałowcom „Vistuli” w uruchomieniu linii sandomierskiej już od 1 marca.

Smukły „Goniec”, jeden z przeszło dwudziestu statków dzierżawionych przez Polską Żeglugę Rzeczną „Vistula”, pływał z Sandomierza do Warszawy i z powrotem pod prąd. Zbierał po drodze pasażerów i towar z trzynastu nadwiślańskich przystani. Tuż przed ósmą rano na wstędze królowej rzek ten parostatek pojawił się na muzealnym Powiślu na wysokości miasteczka. „Goniec” wyhamował i w asyście dużego stada rybitw ustawił się całą długością wzdłuż przystani. Dwóch umówionych miejscowych „portowców” złapało konopne cumy i uwiązało je do nadbrzeżnych pali.          

Rynek miasteczka niemal przylegał do stromej nadrzecznej skarpy. Dwie furmanki przeciążone do granic stały już w oczekiwaniu na przeładunek towaru. sprawiając wrażenie jakby po karkołomnym zjeździe skarpą z rynku tylko jakimś cudem zdołały zatrzymać się na linii brzegu. Tu, między wodą a stromizną stoku był niewielki pas zieleniejącej się trawy i gęsi na wozach, wysadzając teraz szyje przez szczeble klatek i doceniając urok tego miejsca sądziły, że lada chwila zostaną wypuszczone tu na soczyste smużki, na popas i na wieczór powrócą do miasteczka.

Lecz już po chwili na parostatek wnoszono klatki z drobiem. Po trapie przeszło najpierw wielkie gęganie a potem wielkie standaryzowane drewniane skrzynie, każda na 1440 jaj. Z brzegu załadunkiem kierował Abram. To …

 

         … stary Żyd. Sadownik, więc i stąd

         Broda zmierzwiona, twarz zmarszczona

         jak gruszka wędzona. Nos jak rafka!

         Smolisty kaftan wyprany dymem

         ma dwóch guzikach i dwóch agrafkach!    

        

Na statku, ktoś najwyraźniej umówiony, taki cwaniak warszawski w marynarce i w kaszkiecie, odbierał towar zapisując w notesie ilość gęsi, klatek i skrzyń.

Kilku pasażerów w czarnych płaszczach wyszło z kajut na pokład i teraz lekko przechyleni przez reling podziwiali nadbrzeżne miasteczko. Był wśród nich mężczyzna w pelerynie i fantazyjnym aksamitnym berecie ukośnie nasadzonym na głowę. Więc może malarz? Może z kazimierskiej kolonii, a może pierwszy raz na Powiślu? Machał on rękami jak dyrygent rozkreślając przed pozostałymi panoramę osady. Na parostatku musiało być pianino i pianista. Właśnie żywa muzyka wydostawała się przez otwarte drzwi nadbudówki i na brzeg, i wplatała się na Wiśle w zielone warkocze fal.

Abram już dopilnował załadunku jaj i gęsi. Stał teraz na przystani, zaledwie kilka kroków od tego towarzystwa i mógł przysłuchiwać się dyskusji. Najwyraźniej przedmiotem rozmowy był drewniany kościółek na nadrzecznej skarpie i korona zabudowy osady – górne partie budynków i dachy, które przed pasażerami parostatku nie zdołała zasłonić stromizna brzegu. Po chwili, panowie wdali się w spór o nazwę miejscowości. Józefów to? Na pewno jeszcze nie Kazimierz! A może to jaki Krystynopol na Sławinie, muzealne nadwiślańskie miasteczko, ostatnie z historycznie koniecznych. Miasteczko o nazwie z kresów męskiej wyobraźni? Tak. To był Krystynopol. 

Dokładnie dwadzieścia minut po 8-ej parostatek został uwolniony z cum odrzuconych przez krystynopolskich „portowców”. Na chwilę porwał go przewidywalny w tym miejscu nurt rzeki. Ale niemal równocześnie ruszył także monotonny napęd na łopaty pozwalając zręcznie manewrować „Gońcem” między łachami i prądem na głębokich zakolach Wisły. Nim po dwudziestu godzinach statek dotrze przed świtem do Warszawy (planowo o 4.30), w Kazimierzu, Puławach, Dęblinie, Kozienicach, Ryczywole, Górze Kalwarii i innych na wielu lewo i prawo brzeżnych przystaniach, po trapie niesione będą kolejne lektyki z gąsiorami i stukilowe skrzynie z jajkami. To dla warszawiaków i londyńczyków. Część gęsi zostanie na szabas w stolicy. Część przesiądzie się do pociągów zmierzających ku pruskiej granicy. 

Choć obie furmanki były już puste, konie ledwo wciągały je po skarpie na płaskowyż rynku. By ulżyć zwierzętom Abram i obaj wozacy szli obok wozów. Ostatnie metry stoku. Docierają pod kościół. Wozacy zdejmują czapki. Tu ulżyło Abramowi, bowiem najlepiej czuł się w swoim miasteczku, w przestrzeni rynku między głuskim ratuszem, podcieniem Fawki i domem modlitwy. A już najlepiej było mu w dzień targowy na schodach domu teścia, Hersza Libhabera, w tłumie chłopów napierających tego dnia na sklep żelazny.  

Kto w ten słoneczny ranek wybrał się na przejażdżkę po Sławinie pogodną chmurką zawieszoną nad sztetł mógł pod sobą zobaczyć całą zabudowę miasteczka Krystynopol, z ocynkowaną wanną wiedeńską już wystawioną przed sklepem Hersza. Wstęga Wisły uciekała z podnóża miasteczka aż pod horyzont i w oddali widać było jeszcze igiełkę parostatku. Tuż za laskiem, niemal w sąsiedztwie miasteczka rozłożył się dwór ziemiański z rozległym parkiem i ogrodem. Dorożka z dziedzicem Raciszewskim właśnie kończyła podróż z Chełma. Teraz dorożkarz podjechał pod gazon i kierował służbą w uwalnianiu bagażu z pasów i powrozów.

Z lotu ptaka widać było jak wokół miasteczka rozłożyło się kilka wsi. Gdyby owi pasażerowie ulokowani na chmurce mieli możliwość wynajęcia kustosza-przewodnika, ten zwróciłby im uwagę przede wszystkim na dwa obrazy z życia codziennego. Oto widać, jak na wsi Roztocze, na wschód od miasteczka stoi kuźnia, a kowal Jędrzej właśnie podkuwa konia. Pomaga mu zainteresowany gospodarz, właściciel Siwka. A teraz do Jędrzeja podchodzi Piękna Kowalowa i woła męża na śniadanie.

Na drugiej wsi, Wyżynie, usytuowanej kilka wiorst na północ od miasteczka Moszek kontynuuje pertraktacje ze Szczepanem. Recytuje kwestie, handlowy interes przyoblekając w niezbite argumenty rymów. Nagle zdejmuje z pleców skrzynię domokrążcy i zaprasza ją do tańca. Po chwili wymachuje rękami jakby chciał nabyć całe to Szczepanowe gospodarstwo razem z wszystkimi samorodnymi narzędziami rosnącymi jeszcze na drzewach w sadzie. A przy tym, raz po raz ukradkiem zerka na Maćka. Jakby coś przeczuwał, starając się odkryć sprawy w dzisiejszym dniu dla kogoś najważniejsze i starając się odkryć cenę załatwienia tych spraw, także jeszcze nikomu nie znaną. Więc teraz tak zagadnął, raz do Szczepana, raz do Maćka.

 

         Nu, to z gwoździami jasna sprawa!

         Nu, a wasz Maciek fajerkę toczy?

         Nim ją w głębinę rzeki stoczy

         mogę ją kupić! Za wiele groszy?

         Dwa albo trzy, może i cztery!

         Mam dobrą wagę w lewej kieszeni.

         Języczek wagi wskaże nam szczery

         dwa albo trzy, może i cztery?

         Lub groszy pięć? Będzie na zeszyt!

         Z zeszytu Maciek się ucieszy!

         Z fajerki będą granaty piękne

         Gdy wróg na Polskę podniesie rękę!

 

Wystarczyło krótkie spojrzenie na Maćka, by Szczepan miał już gotową odpowiedź:

   

         Fajerki nie dam! Niech się mój chłopak

         dobrze ubawi! Bo jak ją toczy

         to sprawniej będzie prowadził wóz.

         Fajerki nie dam! Nie dam i już!       

 

Ten odcinek powieści kończy kwestia domokrążcy. Odwagi wypowiadania takowej każdy z nas mógłby pozazdrościć Moszkowi.

        

         Nu, ja rozumiem! Ja to rozumiem.

 

 

1-3. Najpopularniejsze rasy gęsi, reprod. z: M. Karczewska, Gęsi. Chów. Tuczenie. Użytkowanie, Warszawa 1930.

 

4. Reprod. z: Dodatek Radiowy „Poradnika Gospodarstw Wiejskich”, ilustracja do odczytu audycji z 4 listopada 1928 r.

 

5. Reprod. z: „Precyzja” Wytwórnia Zabawek inż. Bolesław Stan. Poznań, l. 30 XX w.

 

6. Reprod. z: M. Karczewska, Gęsi. Chów – tuczenie – użytkowanie, Warszawa 1930.

 

7. Jeden ze statków „Vistuli”, Reprod. z prospektu: Wisłą do morza, 2 poł. l. 30 XX w.

 

8. Szczęśliwy kowal, Reprod. z: G. Danner, Mülhausen in Thüringen, Theater und Ball. Saison 1913/14.

 

 

Odc. 6

 

 

Spośród różnorodnych zjawisk, które zaobserwowano w strefie ekspozycji w pierwszych dniach po zamknięciu bram skansenu dla publiczności, historycy wymieniać będą z całą pewnością samoistne przywrócenie sprawnego i punktualnego funkcjonowania komunikacji. Politycy zaś za najważniejsze uznają błyskawiczne odradzanie się służb odpowiedzialnych za porządek. To bezpieczeństwo, zapewniane na terytorium miasteczka, we wsiach przynależnych do gminy, a także we wsiach w gminach sąsiednich, lecz obsługiwanych w zakresie porządku publicznego – według uznania pana wojewody – przez naszą gminę, a ściślej mówiąc, przez tworzony w ratuszu posterunek Policji Państwowej.

Triada wieś-dwór-miasteczko, piękne trojaczki poczęte niegdyś z niepowtarzalnego aktu uniesienia najbardziej ludzkich, prawie boskich części aparatu ludowej władzy, dobrze już były odchowane. Trojaczki te, uznawane do tej pory za leniwe, niepraktyczne i źle zorganizowane, razem i każde z osobna, albo przymilały się do biznesu, albo z olbrzymim trudem walczyły o jakiekolwiek urzędowe uprawnienia i świadectwa dające możliwość świadczenia realnych usług dla obywateli IV Rzeczypospolitej.

Teraz, bez muzealnej publiczności, ta Muza wieś-dwór-miasteczko z rozkoszą uciekła do swojej II Rzeczypospolitej i owacyjnie przyjęta już po chwili naturalnie wpadła w wir życia codziennego – gospodarczego i społecznego Polski Odrodzonej.

Ot! Takie pieczywo w sztetł! To i zapach i smak. Dla chłopów gwarancja zbytu zboża na targu w Krystynopolu. Dla dzieci pyszna i ciepła pszenna bułeczka w zmarzniętych rączkach. Taki turysta – to on koniecznie musi mieć w skansenie sklep z regionalnym pieczywem. Co innego miasteczkowy Żyd. Jego nie stać nawet na szyszki, na dłuższe palenie w piecu. Wielu nawet nie ma pieca chlebowego w kuchni. Wielu nawet nie ma kuchni. Wielu musi nieść sagan z szabasowymi guglami do piekarni. A wszyscy w miasteczku bardzo martwią się  jeśli rano na swoim rynku nie czują zapachu chleba.

 

Więc przykładowo weźmy choćby takiego Lejbusia Zylbera, który postawił piekarnię przy rynku ale pierwszy raz w Wąwolnicy. Tam gdzie przez lata, na południowej skarpie miasteczka wiatr wzbudzał sterty liści zwożonych z całego Sławina i zwiewał je do muzealnej Wisły, teraz w pośpiechu furmankami dostarczano cegły, bale, papę i gwoździe. Na tej skarpie w ciągu paru dni, w przyziemiu wymurowano piec piekarski. No i już na pierwszym jarmarku w tym roku od razu okazało się, że jest najlepszy w okolicy. 

 

Ledwo murarze sklepili kopułę pieca, już cieśle stawiali sklepik, a na pięterku nad sklepem powstawało mieszkanko. Mieszkanko tak maleńkie, że gdyby przewodnikom przyszło wyjaśniać jak Zylberowie krzątali się po tej jedynej izbie i skąd te proporcje (ze świata Guliwera?), zapewne wpadliby na pomysł, aby tak to tłumaczyć Publiczności. – Tam Zylberów nigdy prawie nie było. Lejb całą dobę harował w piekarni, żona od rana sprzedawała pieczywo w sklepie, w nocy pomagała mężowi mięsić ciasto i wycierała mu pot z pleców. A dzieci – pytacie mnie o dzieci? Całymi dniami biegały po miasteczku, między krowami na targowicy zwierzęcej nad Bystrą i pomiędzy kramami i wozami na rynku. Cały czas zbierały od ludzi specjalne zamówienia dla tate na chleb pszenny i plecione chały.  

Jeśli zaś chodzi o odradzanie się służb i administracji II Rzeczypospolitej w miasteczku-sztetł Krystynopol, nastąpiło to już pierwszego dnia. Burmistrz, dotąd spędzający całe przedpołudnia w domu z rodziną, udał się wczesnym rankiem do ratusza by załatwić tam wszystkie sprawy. Dawniej nazywał je „czekające”, lecz tego ranka użył wprost terminu – sprawy „zaległe” i „pilne”.

Miasteczkowy sprzątacz dokładnie pozmiatał z bruku końskie i wole odchody po wczorajszym targu i wywiózł je do gospodarstw. A potem w nocy spadł deszcz. Dlatego Burmistrz przechodząc obok domu Fawki mógł wyczuć już tylko zapach najświeższego pieczywa, zatrzymany i wielokrotnie stężony w podcieniu. Kilka razy głęboko zaciągnął się. Zapach był poranny, czysty, dochodził z parceli Zylbera.  Lejbuś nie dodawał do ciasta sproszkowanych polnych grzybów, perzu i innych wypełniaczy, surogatów, suplementów, jak to nagminnie czynili niektórzy nasi piekarze od kiedy w miasteczku pojawiła się wojenna nędza i epidemia hiszpanki. Co prawda i takiego chleba nikt z gęby nie wypluł ale przecież te niesławne piekarnie były już dawno pozamykane przez komisje sanitarne. Chociaż budowa piekarni Zylbera dopiero ruszyła tego ranka i zapach świeżego chleba wyczuwany dziś na rynku o kilka dni wyprzedzał zakończenie budowy i pierwszy próbny wypiek, on, Burmistrz Krystynopola, jak jaki wielki amerykański inwestor, potrafił wszystkimi zmysłami daleko wybiegać przed harmonogram każdej inwestycji.

Właśnie wszedł do ratusza. Tam zastał już sekretarza gminy odkurzającego maszynę do pisania. Przetarłszy celuloidowe klawisze flanelową szmatką, sekretarz usiadł na wiedeńskim krześle. Dwie poduszki kompensowały jego skromny wzrost i wyciszały skrzypienie rozeschniętego thoneta. Zaczął od przepisywania na maszynie kolejnych nakazów i zaleceń władz, najpierw wojewódzkich, potem tych ze starostwa. Był wśród nich, powtórzony przez oba urzędy, nakaz powszechnego bielenia osiedli ludzkich, w celu powstrzymania epidemii.

Skończywszy redagowanie odgórnych zarządzeń sekretarz przygotował plik półarkuszowych karteczek na rozmaite zaświadczenia dla mieszkańców. Sporządzał je według urzędowego wzorca dla sekretarzy. Tą sporej wielkości książkę wydano w stolicy specjalnie w celu ograniczenia pospolitych błędów popełnianych w urzędach, ale też fantazji i pokus niektórych, może nawet nielicznych, z tysięcy urzędników samorządowych i państwowych. Nie twierdzimy tu bynajmniej, że takim pokusom ulegał on, sekretarz krystynopolski. Warszawie chodziło o takich, którzy znając dobrze każdego mieszkańca swojego osiedla, zawsze mieli ochotę albo dodać jakieś zdanie od siebie, albo ująć jakiś pasus z obowiązującego druku, czasem nawet i nieświadomie. Lecz w obu wypadkach taka pisanina sekretarza zazwyczaj przekreślała możliwość terminowego załatwienia sprawy.

Ku zaskoczeniu Krystynopolan, z uchylonego okna ratusza wypływała dziś na rynek od dawna niesłyszana muzyka maszyny do pisania. Ponieważ mniej więcej co trzy minuty urzędnik gwałtownym ruchem wykręcał papier z wałka, szewcy, wdowy i domokrążcy stojący pod oknem ratusza byli niemal pewni, że sekretarz nie wypisuje  już długich instrukcji w sprawie postępowania podczas epidemii, lecz przeszedł do pisania najkrótszych i najprawdziwszych świadectw ubóstwa. W szufladzie stołu pod maszyną była blaszana puszka po zaprawie do podłogi „Dobrolin”, zawierająca kilkadziesiąt rosyjskich czcionek i klawiszy wymontowanych z Remingtona. Teraz zbudzone maszynopisaniem tańcowały i stukały, jakby trzęsły się przed nowymi porządkami. Jak dotąd nie przyszły żadne instrukcje ze starostwa w sprawie rosyjskich czcionek i klawiszy, więc wielu takich sekretarzy po gminach i magistratach, znających historię Polski, nie pozbywało się ich za szybko i cokolwiek lekkomyślnie.

Najważniejsze! Nim z kościelnej sygnaturki odezwał się znajomy dzwon na Anioł Pański, Burmistrz podpisał siedemnaście świadectw ubóstwa. Wydano je jeszcze tego samego dnia siedemnastu obywatelom biednego miasteczka-sztetł, w tym dziesięciu mężczyznom i siedmiu wdowom. Czyli wszystkim osobom skazanym tego ranka za wykroczenia przez miejscowy Sąd Pokoju. Świadectwa ubóstwa pozwalały obywatelom, ale także ich rodzinom, dokonać wyboru między niemożliwym a koniecznym. Niemożliwym było zapłacenie grzywny. Bo od kogo pożyczyć pięć złotych, skoro nikt nie wie jak je zarobić? A co z wyborem  koniecznego? Tak tak! To pójść do kozy. Bo dzisiaj na każdym wyroku sądowym jest napisane, że biedakowi kara grzywny zamienia się na ileś tam, przecież niewiele, dni aresztu. 

Krystynopol nie miał swojego posterunku Policji Państwowej. Podobnie jak w kilku innych sprawach, tak i w tej, mieszkańcy nie mieli pojęcia – czy cieszyć się, czy też martwić z takiej sytuacji. Od zakończenia wojny do  miasteczka posterunkowy przyjeżdżał z samych Łosic. Zazwyczaj nie częściej jak dwa razy w tygodniu. Ale sprawy tego dnia pobiegły błyskawicznie dzięki rozmaitym energicznym decyzjom wydawanym przez Burmistrza w przerwach między podpisywaniem świadectw ubóstwa. I tak w ciągu paru kwadransów, woźny gminny przeniósł ze szkoły dwa krzesła wiedeńskie, stary stół oraz dwie dwudrzwiowe szafy. To może czytelnik się już domyśla, że tak powstawał posterunek Policji Państwowej. Drewniany krzyż, portret Marszałka w ciemnobrązowych ramach i tekturowe Godło znalazły godne miejsce na ścianie na wprost wejścia. Woźny wyszukał też stary wieszak na ubrania, od roku w szkole nie używany, bo dzieci nie zdejmowały kapot ze względu na brak opału. Na ścianie na przeciw okna zawiesił go ale … no, do góry nogami. Jako żywo – mebel przypominał w tej pozycji stojak na broń długą. Burmistrzowi tak podobała się krzątanina woźnego, że jeszcze tego samego dnia, prawdopodobnie za przyzwoleniem, lecz bez zbędnego pośrednictwa Komendy Wojewódzkiej w Lublinie, wysłał pilny telegram z agencji pocztowej w Krystynopolu do fabryki broni w Liège. Zamówił cztery karabiny. Tak to w miasteczku po trzech dniach, gdy z Belgii nadeszły już karabiny, a przez sklep żelazny Hersza dotarła z Olkusza regulaminowa blaszana spluwaczka, a przez sklep kolonialno-galanteryjny Teofila niezbędne druki i pieczątki, działał już miejscowy posterunek Policji Państwowej.

Na konsekwencje uruchomienia posterunku nie trzeba było długo czekać. Po kilku dniach i nocach areszt gminny pękał w szwach. Być może w skali państwa były to drobne wykroczenia. Jednakże – powiedźcie sami – skąd do diabła mieszkańcy Krystynopola mogli mieć pojęcie o nowych granicach praw i wadze spraw.

Czytelnikowi wspomnieliśmy na wstępie, że historycy docenią sprawne funkcjonowanie komunikacji w tych dniach. Sławimy drogi wodne, koleje żelazne, komunikację autobusową, ale także wszelkie dyliżanse pocztowe, bryczki, dorożki a nawet tragarzy. W poprzednim odcinku parostatek, mimo, iż zmagał się z niskim stanem wody na Wiśle, manewrując między łachami punktualnie przybył i odpłynął z przystani w Krystynopolu. Podobnie i wymiana torów z wielkorosyjskich szerokich, na węższe europejskie, wówczas odbyła się na kolei nadwiślańskiej bardzo sprawnie. Ba! Nie znajdujemy żadnego wspólnego mianownika, aby tempo tamtych robót przyrównać  do XXI-wiecznych prac na tej kolei. Z tego powodu w ostatnich latach  daremnie szukalibyśmy na warszawskich targowiskach koszy pełnych najświeższych  jajek i żywych gęsi z okolic Lublina. 

Piszemy o tym, bowiem właśnie koleją nadwiślańską w oczekiwanym czasie przybyły z Liege karabiny do pełnego wyposażenia posterunku w Krystynopolu. Lecz, kto śmieje się z dziejowej roli czterech karabinów, ten musi wiedzieć, że jak dotąd zamiast strzałów w Krystynopolu wystarczał przymus dwóch dni w areszcie gminnym. A może karabiny uratują miasteczko gdy wrócą bolszewicy! Lecz Burmistrz dokonał również innego zamówienia, bodaj bardziej znaczącego dla przetrwania powierzonego mu miasteczka-sztetł. Otóż w związku z panującą epidemią zamówił w Chęcinach pół wagonu wapna palonego. Ładunek stał już przy rampie dworca towarowego w Lublinie. Wapno palone ograniczy epidemię, wyizoluje ogniska zapalne, spali bakterie niezwłocznie i w zarodku. Wg instrukcji będzie rozsypywane w miasteczku na ulicach, placach i podwórkach. Zwłaszcza na parcelach usytuowanych w centrum miasteczka w pobliżu rynku, podwórkach pełnych miazmatów i odchodów, a pozbawionych odpływów do rzeki. Przekazane zostanie w niezbędnej ilości i za darmo każdemu z obywateli do obowiązkowego bielenia ścian domów, płotów, bram, koniowiązów i wiązaków – wprawdzie jeszcze nielicznych, wygrodzeń wokół drzewek.

Białe miasteczko, niewinne miasteczko. Nie kamieniczki i obory z opoki ale bieżące działania zmieniając wapnem koloryt osiedla wyróżnią Krystynopol spośród innych miasteczek na Lubelszczyźnie. Przetrwa niezmienione i to wyróżni je w historii spośród innych maleńkich Gorzkowów, Biskupic, Żółkiewek i Izbic. Wapno osadzone na racicach, butach, laskach starców, leszczynowych kosturach kalek i grabowych kijach żebraczych, przerwie łańcuch epidemicznych zakażeń. Wapno uratuje Krystynopol, ale i wsie okoliczne, dla których miasteczko jest katolicką matką wiary, synagogą i minjanem dla Żydów z okolicznych wsi. A dla wszystkich gospodarczym ojcem i dobrodziejem. Kto znał wcześniej Burmistrza jako leniwego, niech wybaczy mu teraz całe miesiące spędzane w drewnianym piętrowym domu na skraju rynku, gdy w ratuszu trzeba było podpisywać świadectwa ubóstwa. Dobrze, że pogrążał się w tym czasie w lekturze dzieł Pasteura i Kocha.

Dzisiejszego ranka w Lublinie przeładowywano z wagonu kolei żelaznej setki worków z białym pyłem na tuzin furmanek z Krystynopola. Kawalkada wozów ruszyła w stronę miasteczka. Pinkas i Jan, Antoni i Chaim, Józek i Abram, wozacy katolicy i mojżeszowi, teraz po dwóch godzinach jazdy, przy cerkwi, kolejno wóz za wozem, zjeżdżali z gościńca okrążającego skansen od południa. Gliniasty pył z polnej drogi mieszał się w powietrzu w jedną chmurę z obłokami palonego wapna uwolnionymi z furmanek. Tu też, przy kuźni Jędrzeja, stojącej na skraju pierwszej wioski należącej do naszej gminy, zrzucono jej mieszkańcom pierwsze worki z wapnem.

Tego ranka w zagrodzie z Niemiec, kilka wiorst od miasteczka, domokrążca Moszek przekomarzał się ze Szczepanem i z każdym słowem więcej było u nich już o Maćku, niż o towarze i pieniądzach.

 

Miasteczkowi Żydzi wracają z piekarni z szabasowymi guglami, rekonstrukcja historyczna w MWL, 2009 r., fot. K. Wasilczyk.

 

Wzór nalepki piekarni, reprod. z: Aleksander Fischab, Kraków. Pieczątki kauczukowe. Cennik 1931.

 

Gmina Stary Zamość – Mieczysław Bugaj, k. l. 30 XX w. Archiwum Państwowe w Zamościu.

 

 

   

Reprod. z: Remington Typewriter Company, ok. 1930 r.

 

Strona tytułowa „Sekretarza Urzędowego” z 1937 r.

 

Areszt gminny z Samoklęsk w miasteczku, MWL, fot. K. Wasilczyk, 2014 r.

 

Druk nakazu karnego z możliwością zamiany kary grzywny na areszt, reprod. z: Drukarnia i Wytwórnia Stempli, Pieczęci Szyldów Emaliowanych „Globus”, Siedlce. Cennik Nr 60. [1931 r.]

 

Policjant na tle domu burmistrza, miasteczko w MWL, rekonstrukcja historyczna, fot. K. Wasilczyk, 2015 r.

 

 

Maska używana w okresie międzywojennym przy pracy w składach wapna. Reprod. z: Wytwórnia Sprzętu Przeciwgazowego w Radomiu, 3/1937.

 

Odc. 7

Tego ranka w zagrodzie z Niemiec, kilka wiorst od miasteczka Krystynopol, domokrążca Moszek przekomarzał się ze Szczepanem i z każdym słowem więcej było u nich już o Maćku, niż o towarze i pieniądzach. Nocne narodziny cielątka wniosły do tej trzypokoleniowej rodziny wieśniaczej dużo dobrego ducha. Jak dotąd całkiem pusta skrzynia domokrążcy nie pasowała Szczepanowi do ogólnej radości dzisiejszego dnia. Musiał coś z tym zrobić i tak zagadnął do Moszka:

 

               

                Lecz nie odejdziesz od nas z niczym!

                Mamy graciarnię tam pod stodołą.

                Tam oprócz stali dla kowali,

                chociaż niektórzy są jeszcze mali

                tak jak mój Maciek!

                Odkładam już dla ciebie złom!

                Bierz rozłupany garnek żeliwny,

                Stare żelazko z pękniętym dnem.

 

Szczepan potwierdzał teraz to, co tu i ówdzie, coraz częściej słyszało się w miasteczku i po okolicznych wsiach. Dwunastoletni Maciek, chłopak wyrośnięty i masywny ponad wiek, bardziej po matce niż po ojcu, rozpowiadał w szkole – Ja zostanę kowalem! Na skraju rodzinnej wsi, tuż za figurą świętego Jana Nepomucena, stała kuźnia Antoniego, lecz od kilku lat była zamknięta. Zbudowana z wojennego drewna odzyskanego z umocnień okopów, wielu mogła wydawać się zbyt lekka, za mało przysadzista. Lecz Maćkowi jakoś ona właśnie śniła się po nocach. Stary kowal zmarł, a wdowa nie była zainteresowana ani sprzedażą, ani wynajęciem warsztatu. Zresztą nie było z kim zawierać umowy, bo i nikt, poza rozmaitymi dzieciakami z tej części wsi nie kręcił się koło kuźni. W ostatnich latach, kiedy kowal jeszcze żył, ludzie we wsi różnie o nim mówili. Jedni, że teraz nie ma już tyle zamówień dla kowali, drudzy, że Antoni, nim powalił go wiek i zdrowie, nie zadbał o wykształcenie czeladnika.

 

Wracając ze szkoły Maciek często zaglądał do sklepu żelaznego Hersza Libhabera. W sklepie przeważnie był wnuk Hersza, Lejbek. Przykucnięty przy ogromnej wadze dziesiętnej słuchał nauk dziadka i nieraz Maciek był zafascynowany wiedzą kupca. W szkole, owszem dużo mówił nauczyciel, ale najciekawsze można było wyczytać z podręczników. A tu wszystko tkwiło w głowie Hersza. Były to piękne opowieści o towarze i jego klientach. A to, mówił, że gospodyniom z Żabna ostatnio najbardziej podobają się niebieskie czajniki z Olkusza. A to, że są już dowody uczonych, że gwoździe kwadratowe są lepsze od okrągłych. Albo weźmy takie trafne sklepikarskie spostrzeżenie, że psy z Żukowa nadal wolą łańcuchy skręcane od spawanych. Hersz powtarzał nieustannie Lejbusiowi:

 

Sagany  żeliwne emaliowane kupuj u Kronenbluma w Końskich, bo najbliżej i najtaniej. A jak chcesz sprowadzić towar z Lublina, to umów się z siedmioma innymi kupcami, a każdy  musi być z innej branży i razem wynajmijcie doświadczonego żydowskiego furmana. Wóz koniecznie musi wyjechać z Krystynopole wczesnym wieczorem. Bo jeśli wyruszy za późno, to rano w Lublinie nie będzie gdzie stanąć. Ani na Nowej, ani na Lubartowskiej, ani na Kowalskiej, ani nawet na Świętoduskiej.

 

Hersz uczył i uczył Lejbka, ale też i nigdy nie wygonił Maćka ze sklepu. Przeciwnie, polubił go i nawet pozwalał siedzieć na krześle wiedeńskim dla lepszych klientów i brać towar do ręki. Nie raz radził chłopakowi:

 

Ty nie idź do kowala na wsi, albo idź tylko na krótko, wyucz się i idź dalej, najdalej jak dasz radę. Najlepiej do wojska, na kowala do ułanów. Albo do fabryki maszyn rolniczych, albo broni, A jakie tam kowadła olbrzymie, a młoty dwa albo i trzy razy cięższe niż u Jędrzeja na Roztoczu. Ty mocny, taki młot utrzymasz, zawsze uderzysz jak majster każe.

               

Tymczasem w szczepanowej zagrodzie miało rozpocząć się ważenie żelaztwa.  Maciek wpatrywał się w Moszka. Domokrążca do tej pory trzymał rękę na swojej skrzyni. Teraz wsunął ją do kieszeni kaftana:

 

                Wyciągam wagę z prawej kieszeni.

 

Zapewne zamierzał wyjąć kantarek. To taka podręczna waga sprężynowa, zupełnie niedokładna. Nawet Maciek wiedział, że używanie takiej wagi w handlu jest zabronione od samego zarania Polski Odrodzonej. Lecz kantarka z kieszeni nie wyjął i nie zawiesił na haku wagi, splecionych w jednym uścisku żelazka z pękniętym kominem i rozłupanego garnka żeliwnego. Nie zdążył, bo Szczepan poklepał go po ramieniu. Uderzenie było przyjacielskie lecz na tyle mocne, że w drugiej kieszeni zadźwięczał jakiś metalowy przedmiot. Wszyscy byli pewni, że to jest drugi kantarek, nie drugi do kupowania towaru ale pierwszy do sprzedaży towaru.

               

                Wagi z kaftana ty nie wyjmuj!

                Ani z tej lewej-prawej kieszeni!

                Zważymy w sklepie!

                A lepiej będzie gdy w naszym młynie!

                Bo u nas dobre wagi są!

 

Ze Szczepana wyszła teraz cała dusza wiejskiego spółdzielcy. Wszystkie sprawy były już na dobrej drodze. Szczególnie zaś cieszył się Maciek. Takie dokładne, wielokrotne ważenie, gdzie tylko się da, było zapowiedzią wędrówki po wsi z Ojcem i Moszkiem, z mężczyznami których szanował i zarazem podziwiał.

 

Mógł teraz zapiać kogut, albo wesoło zarżeć koń, ale nikt nie spodziewał się, że w tym momencie w drzwiach chałupy odezwie się Marianna, matka Maćka i żona Szczepana. Kobieta starej daty, niepiśmienna, do szkoły nigdy nie chodziła. Mogła się do końca nie odzywać, lecz stało się.

 

                Zobaczysz jaki ciężki złom!

                Będzie na zeszyt! I będzie za sól!

                U nas już dobre miary są!

                Sto korcy zboża zwozimy z pól!

                Pola się ciągną na sześć wiorst!

 

Szczepan nie zamierzał podejmować tysięcznej nieudanej próby informowania żony, o tym, że istnieje system metryczny. Maciek to tylko ucieszył się, że matka najpierw pomyślała o nim, o zeszycie do szkoły. Moszek nie dał po sobie nic poznać
i odpalił z uczciwością, która nie opuszczała go od chwili, gdy przed świtem wyruszył z Krystynopola na północ. 

 

                Może tak być, może tak być!

                A już naprawdę będzie najlepiej,

                że i we młynie! A także w sklepie!

                Aj, aj, Szczepanie, może tak być!

 

Moszek – o tym najdłużej myślał ale tego już nie powiedział. Oj, oj, byłoby śmiesznie, gdyby każda z tych wag pokazała inaczej. Jednakże już za chwilę wydarzenia pobiegły zupełnie innym torem, no ale wszyscy byli z tego jeszcze bardziej zadowoleni. Najpierw Szczepan znów poklepał Moszka po kaftanie i zachęcił go aby złom zważył swoim kantarkiem, tu w graciarni. Parę groszy powędrowało do  sakiewki Szczepana. Potem na oczach dziadka Wincentego i Maćka dłońmi przybili transakcję tak hałaśliwie, jakby to co najmniej para koni zmieniała właściciela na jarmarku w Krystynopolu. Szczepanowi najwyraźniej też i śpieszyło się.

               

                Ja dzisiaj idę do kowala

                Co kuźnię ma na drugiej wsi.

                Kuje zawiasy do stodoły

                Bo się bieguny rozleciały.

                I biorę Maćka do kowala!

                Dziś za fajerką jeszcze pomyka!

                Kowal go weźmie za czeladnika!

                Marianna daj mu buty zaraz!

 

Ruszyli, lecz czasu było niewiele, czy zdążą? A już słychać było skrzypienie dwóch wrót skansenu. Jakby kto próbował jedne otworzyć a drugie zamknąć.         

 

Wracając ze szkoły Maciek często zaglądał do sklepu żelaznego Hersza Libhabera. W sklepie przeważnie był wnuk Hersza, Lejbek. Przykucnięty przy ogromnej wadze dziesiętnej słuchał nauk dziadka i nieraz Maciek był zafascynowany wiedzą kupca.

Scenka rodzajowa na ekspozycji sklepu żelaznego. Wystawa „Do zobaczenia w miasteczku”, MWL, 2009 r., fot. K. Wasilczyk.

 

A tu wszystko tkwiło w głowie Hersza. Były to piękne opowieści o towarze i jego klientach. A to, mówił, że gospodyniom z Żabna ostatnio najbardziej podobają się niebieskie czajniki z Olkusza.

Sklep żelazny. Wystawa „Do zobaczenia w miasteczku”, MWL, 2009 r., fot. K. Wasilczyk.

 

Na skraju rodzinnej wsi, tuż za figurą świętego Jana Nepomucena, stała kuźnia Antoniego, lecz od kilku lat była zamknięta. Zbudowana z wojennego drewna odzyskanego z umocnień okopów, wielu mogła wydawać się zbyt lekka, za mało przysadzista. Lecz Maćkowi jakoś ona właśnie śniła się po nocach.

Kuźnia z Urzędowa, MWL, Fot. K. Wasilczyk.

 

 

Odc. 8

 

Kowal go weźmie za czeladnika!
Marianna, daj mu buty zaraz.

Szczepan zapowiedział wyprawę na drugą wieś. Mało tego, że przed świtem w Szczepanowej zagrodzie urodziło się zdrowe cielątko. Mało tego, że tego dnia podobno do wsi dotarł dziad proszalny z dobrą nowiną i jest właśnie przy studni gromadzkiej, i jak zajrzy do Marianny, naprawi postoły, spożyje krupnik i pobłogosławi chałupę. Ale Szczepana i Maćka tam nie będzie, bo mało tego, że już tyle dobrego się wokół nich wydarzyło, to jeszcze Szczepan wierzy, że właśnie dziś Jędrzej przyjmie Maćka na przyuczenie do kowalskiej roboty.

Matka wyniosła z komory Maćkowe trzewiki, a ten chwyciwszy buty za sznurowadła dziarsko przerzucił je przez plecy. Nałoży je na nogi na drugiej wsi, tuż przed kuźnią Jędrzeja. Teraz czekali jeszcze na Moszka. Domokrążca ułożył na samym dnie skrzyni pęknięte żelazko z kominem i potłuczony garnek żeliwny. Dźwignął tą swoją dolę i parciane postrzępione szelki ułożyły się na obojczykach. Maciek widząc, iż ojciec szybko pozwolił zważyć złom pierwszym lepszym kantarkiem teraz domyślał się, iż z jakichś ważnych powodów także Moszek przewidziany jest do dzisiejszej wspólnej wędrówki. Tak też się i stało, ale nie bez słów. Bowiem Moszek jakby od niechcenia zwrócił się do wszystkich:

Aj, pójdę z wami do tej kuźni
bo tam przychodzą ludzie różni!
Może ktoś ma coś do sprzedania,
jajka, cielątko, pierze, złom!
Tam towar jest, gdzie ludzie są!

Opiekunowie ekspozycji doglądają swoje sektory, takie muzealne wsie, których granice ledwo można rozpoznać po układzie pól, hydrantach i koszach na śmiecie. Lecz postacie historyczne i baśniowe teraz swobodnie przemieszczały się pomiędzy sektorami skansenu. Tak sobie mogli chodzić, ponieważ ich celem nie było systematyczne utrzymanie porządku w rodzinnej wsi, lecz zdobycie nowych umiejętności. A Moszkowi tak dopowiedział Szczepan. – Przecież …

Jędrzej graciarnię w kuźni ma,
a w niej przypadkiem żeliwny złom!
Może ci sprzeda drzwiczki lub płytę!
Nie w każdej kuźni jajka są!

Po czym cała gromadka niezwłocznie ruszyła gościńcem po „dobry los” dla Maćka, a każdy z nich przeczuwał, że co dobre dla Maćka, dobre i dla wszystkich.

No i idą tak, idą gościńcem przez wieś!
Szczepan i Maciek, a obok Żyd.
Do kuźni która na skraju jest!
Tu olejarnia, studnia, wietrzny młyn.

No, a czy my się nadal dobrze rozumiemy, drogi nieznany mi czytelniku? Czy Ty czytelniku wiesz, co kryje się w słowach, które tu padają: „graciarnia”, „olejarnia”, no i „gościniec”. Ty pewnie znasz! Ale, ale, co wiedzą twoje dzieci albo wnuki? Kiedy to wszystko się skończy, otworzą bramy skansenu i młodzież szkolna znów przyjedzie wesołym pękającym w szwach autokarem na lekcję muzealne. Rozpłyną się gdzieś Szczepan, Moszek i Maciek, jednakże tu w skansenie będą przekazywane słowa, którymi oni posługiwali się na co dzień.

Ale jeśli uczniowie szybko nie dotrą tego roku do muzeum na otwartym powietrzu? To ja takim dziesięciolatkom przez Internet będę musiał zdalnie objaśnić, co oznacza słowo „gościniec” dla polskiej wsi. Będę też musiał wyrysowywać im rozmaite szczegóły, na przykład koło od chłopskiego wozu i rajcujące na nim żabki. Tak im to narysuję:

Przez pola żytnie, przez łany owsiane
Przez lasy dębowe, gdzie strach w mroku się czai
Z wioski Jasia do przysiółka Hani
z miasta Lejbka do miasteczka Chai

biegł gościniec. Piaszczysty, gliniasty,
nad rzekami i przy łąkach torfowy.
Z bezdennych kałuż – wówczas więcej było wody
żaby chłopom skakały na skrzypiące piasty.

Pod lipami, co wiorsta, kapliczka
Na topolach bociany i sroki
Piesi, furmanki, czasem bryczka
Koleiny – kurz, czapki – chusty, mgła – obłoki

Możemy też założyć, że są to słowa piosenki, którą właśnie śpiewał Maciek podążając wiejskim gościńcem. Maciek skończył śpiewać i teraz Szczepan pokazywał chłopcu zastosowanie żelaza w poszczególnych mijanych obiektach. I to wszystko on, Maciej-kowal miałby wykonywać po wyuczeniu się zawodu. A kiedy przechodzili obok studni z Błażka Szczepan powiedział:

Będzie moc pracy dla kowala, gdy studnie powstaną przy każdym gospodarstwie, a wspólna studnia gromadzka stanie się nikomu niepotrzebna. Gospodarze zamówią u kowala setki sążni łańcuchów i okuć do drewnianych wiader studziennych.

Popatrz przy studni wiadro tkwi!
Okuł je kowal, klepki dal bednarz.
Teraz jest jedna kuźnia we wsi!
Lecz za ćwierć wieku będzie dwadzieścia!
Bo studnie będą przy każdym domu.
Ta niepotrzebna będzie nikomu!
Do każdej studni trzeba łańcucha.
Do każdej będzie łokci sto.
Skręcisz je z drutu od kupca Hersza!
Za lat dwadzieścia, a może wcześniej!
By wiadra zeszły na samo dno!

Maciek patrzył na ojca, ale jakoś do końca przekonany nie był, że sprawy pobiegną na wsi tak dobrze po myśli kowali. A może szybciej wspólnie założymy gminne wodociągi i nikt nie będzie zamawiał kopanie stumetrowej studni przy swoim gospodarstwie. I dlaczegoż by chłopi mieli ciągle używać tych wiader klepkowych, skoro w naszej wsi w sklepie spółdzielczym na najwyższej półce pobłyskuje długi szpaler wiader blaszanych ocynkowanych.

Kiedy mijali karczmę, Szczepan kolejny próbował zwrócić uwagę Macka na dobrze płatne roboty:

We drzwiach wielki wrzeciądz kołysze się w tan!
On nie kupiony w żelaznym sklepie!
Wykuł go kowal. Tę sprawę znam!
Tak jak i inne, powiem najlepiej!

Stara karczma, która wyrosła nagle przed naszą gromadką była od wojny zamknięta na trzy spusty. Dodajmy, że ten urokliwy drewniany budynek z gankiem i stanem dla koni dopiero tego ranka w Muzeum a to z woli jego dzisiejszych mieszkańców, i na potrzeby ich opowieści. Do tej karczmy chodził jeszcze dziadek Wincenty, i jego dziadek Tadek. Masywny dach kryty gontem skrywał poddasze z pokoikami dla podróżnych. Olbrzymi komin był już mocno wyszczerbiony, a stertka obsuniętych wielkich cegieł leżała pod gankiem. Karczma ta pewnie trafiłaby do skansenu, gdyby nie to, że jeszcze przed wojną pewnej burzowej nocy spaliła się doszczętnie. Wszyscy dziwili jak to się mogło stać, bo pobudowana była na stoku, a to było od bocznego uderzenia pioruna.

Wielki wrzeciądz w drzwiach mógł wykuć jeszcze jaki pradziad kowala Antoniego w czasach pańszczyźnianych. Maciek, choć przy ojcu nie wypadało, ukradkiem pokręcił głową. Bardzo wątpił, że i jemu taka robota mogłaby się kiedykolwiek przytrafić. Jak kto we wsi jeszcze z carskich czasów był przyzwyczajony pić, to teraz chodził do miasteczkowego szynku, do Krystynopola. Bo sklep spółdzielczy to we wsi wódki nie prowadził. Ale młode pokolenie chłopów, ci osiemnasto – dwudziestolatkowie, wiciowcy i z „Siewu” głośno teraz w Polsce Odrodzonej mówiący o potrzebie Polski Ludowej, to w ogóle wódki nie pili, chyba że raz na jakiś czas na wiejskiej zabawie. Ale jak kto szedł potańczyć z dziewczyną albo poznać dziewczynę na całe życie to już za dużo nie pił.

Czując wątpliwości ogarniające Maćka Moszek uniósł ręce ku niebu. To co mówił bardzo przypominało teraz modlitwę:

A gdy przeminie na wsi bieda
i domy będą kolorowe,
chłop zacznie szukać rzeczy pięknych!
I zaraz w kuźni Maciejowej
zamówi tasak z głową lisa!
Kwiaty wykute na narzędziach!
A gdy go Pan Bóg będzie wołał
na wiejski cmentarz pośród lip
poprosi Maćku byś najpiękniej
w trzy dni mu wykuł cudny krzyż!

Już słychać kuźnię i siny dym!
Już słychać kuźnię, uderza młot!

Moszek tak skończył, bo właśnie nasza gromadka dotarła na skraj wsi i przechodziła obok zamkniętej kuźni Antoniego:

Tato! Ja tylko słyszę
Ptaki i ciszę
na skraju wsi.

A na rozstaju dróg przed kuźnią była kapliczka. Szczepan pomyślał sobie, że teraz powinien synowi zadać takie pytanie, które nie nawiązywało już do uderzeń młota i kowadła, lecz do rytmu serca i wiary:

No, a czy słyszysz jak Frasobliwy
modli się abyś był szczęśliwy?

 

Przez pola żytnie, przez łany owsiane

Przez lasy dębowe, gdzie strach w mroku się czai

Z wioski Jasia do przysiółka Hani

z miasta Lejbka do miasteczka Chaji

biegł gościniec …

Fot. K.Wasilczyk 2017.

 

Domokrążca ułożył na samym dnie skrzyni pęknięte żelazko z kominem i potłuczony garnek żeliwny. Dźwignął tą swoją dolę i parciane postrzępione szelki ułożyły się na obu obojczykach.

Fot. K.Wasilczyk 2017.

 

Zagroda z Żukowa k/ Krzczonowa. Koło od chłopskiego wozu bez rajcujących na nim żabek. Lecz w drodze „Z bezdennych kałuż  – wówczas więcej było wody/ żaby chłopom skakały na skrzypiące piasty.”

Fot. K. Wasilczyk, 2019.      

 

Studnia gromadzka z Błażka.

            Popatrz przy studni wiadro tkwi!

            Okuł je kowal, klepki dal bednarz.

            Teraz jest jedna kuźnia we wsi!

            Lecz za ćwierć wieku będzie dwadzieścia!

            Bo studnie będą przy każdym domu.

            Ta niepotrzebna będzie nikomu!

Fot. K.Wasilczyk 2017.

 

Kapliczka z Kolanówki.

 No, a czy słyszysz jak Frasobliwy

 modli się abyś był szczęśliwy?

Fot. K. Wasilczyk, 2014.

 

 

Odc. 9

 

        

         No, a czy słyszysz jak Frasobliwy

         modli się abyś by szczęśliwy!

 

Być kowalem! Dworskim, fabrycznym, wojskowym, ale na początek wiejskim. W czystej duszy Szczepana marzenie jego syna Maćka mogło spełnić się tu, w rodzinnej wsi. Minęli kapliczkę. Ruch na gościńcu nie rozpraszał już Frasobliwego, który jeszcze głębiej skupił się na niekończących się ludzkich przypadłościach. Teraz gromadka przystanęła przy starej kuźni Antoniego.

 

Moszek i Szczepan oglądali potężną podrdzewiałą kłódkę w drzwiach a potem ich wzrok spotkał się na dłuższą chwilę. To już nie był codzienny interes z pół tuzinem jaj. Teraz zatroskany ojciec Maćka, Szczepan nie widział już w towarzyszu dzisiejszej wędrówki domokrążcy, jednego z najbiedniejszych Żydów w Krystynopolu, lecz ważną osobę spacerującą po rynku miasteczka, otoczoną zawsze nieskończoną ilością przyjaciół i krewnych, gotowych powierzyć mu każdą sumę na pożyczki dla włościan. A równocześnie Moszek dostrzegł, że ma do czynienia z inwestorem, marzycielem, właścicielem sadu. Sadu kwitnącego, dojrzewającego i dającego wszystkim coś znacznie więcej niż owoce.

 

Moszek zaglądał do zagrody Szczepana, żeby tak powiedzieć wprost – ot, ponieważ Szczepan był przyjazny, rozmowny, a Marianna bardzo chorowała na ręce. I z tych przypadłości Marianny był towar. Nieraz na oczach męża, a to upuściła żelazko na polepę, albo sagan wypadł jej z rąk i pękł. Ale Szczepan zamiast lepiej pilnować żony i wymagać od niej więcej uwagi, nigdy nic złego jej nie powiedział. Tylko jak w czwartek wybrali się na targ do Krystynopola, brał więcej zboża. I jak już je sprzedał Żydom, to zjeżdżając z rynku nigdy nie ominęli sklepu żelaznego Hersza. No i Marianna wychodziła ze sklepu z nowym saganem i żelazkiem, i zawsze w uszach z czułym słówkiem od tego kupca, jakie to dobre i nietłukące rzeczy teraz kupiła. A jeszcze w drzwiach zawsze słyszała pochwałę dla Maćka, że takiego mądrego i silnego syna urodziła.

 

Szczepan powoził, a Marianna, gdy tylko wyjechali z miasteczka przesiadała się z siedzenia na przedzie na tył furmanki. Nowe rzeczy kupione u Hersza oglądała i pieściła w słomie w kołysce wozu, jak niemowlęta. Garnek był brzuchaty, wypisz wymaluj jak te, garncarza Gozdalskiego z Urzędowa, lecz na podobieństwo glinianych gdzieś w fabrykach odlany teraz z żeliwa. Poczuła, że z zewnątrz – jest lekko szorstki jak policzek Szczepana. W środku – wsadziła rękę – gładki i śliski jak białko, biało emaliowany. Teraz Marianna zajęła się oglądaniem nowego prasowacza. Co widzi? Na kominie żelazka odlewnik Kronenbluma pięknie utrwalił wstęgi pędzących do góry dymów, i jak się która kobieta za bardzo wpatrzyła w czasie prasowania w ten komin, to się mogło jej w głowie zakręcić.

 

Z powodu napadów bezwładu rąk u Marianny i ciągłych stłuczek – przecież zaraz Czytelnik domyśla się, że oprócz żelazek i saganów ofiarą takiego gospodarowania było i szkło, i miski gliniane, i stłuczone jajka i rozlane mleko – w żadnym gospodarstwie we wsi Wyżyna nie było tyle złomu żeliwnego, co
u Szczepana.

 

No, trochę rozgadaliśmy się o Mariannie, a teraz wróćmy do naszej gromadki, która zatrzymała się przy starej kuźni. Moszek i Szczepan porozumieli się jednym spojrzeniem. I już obaj byli pewni, że dziś wszystko jest możliwe i dziś wszystko będzie sprawiedliwe. Taki borg, kredyt, dzierżawa, odsprzedaż, taki na przykład zastaw. Wiec teraz Szczepan mógł powiedzieć Maćkowi wprost i rzeczowo:        

 

         Kiedy zostaniesz już kowalem

         to ja od wdowy starej

         zamkniętą kuźnię na skraju wsi!

         na skraju naszej wsi!

         Kupię ci!

         Już widać kuźnię i siny dym!

         Już słychać kuźnię, uderza młot!

 

Maciek. choć ledwie dwunastolatek, dobrze zdawał sobie sprawę, że słowa ojca nie były zwykłą zapowiedzią dzielenia ojcowizny, aby go wyposażyć gdy spotka swoją piękną Mariannę. To był niezwykły ojcowski dar!  – Synu, teraz daję ci wszystko od siebie, może nawet zadłużę gospodarstwo. Co innego oddać syna na czeladnika, choć i to – jak wkrótce zobaczysz Czytelniku nie będzie proste – a co innego kupić kuźnię! Ho, ho i to z jakim wyposażeniem! Za zamkniętymi drzwiami jest olbrzymie kowadło z kuźnicy w Ustroniu, a na półkach najprzedniejsze narzędzia z Solingen, Birmingham a także szwedzkie pilniki Berga z wybitym znakiem – rybą. Pamiętacie, że Maciek całe godziny przesiadywał w sklepie żelaznym Hersza i wiele się nauczył. Więc Maciek słyszał teraz wielokrotnie więcej.

 

         Teraz rozumiem i wszystko słyszę.     

         Walenie młotów przerywa ciszę!

         Obręcz na beczkę naciągają!

         Konia przed kuźnią podkuwają!

         Ja już rozumiem mocno słyszę

 

Moszek zaofiarował się, że już na jutro przywiezie z Krystynopola zadatek „a conto” zakupu urzędowskiej kuźni. Ponieważ w pobliżu nie kręciła się wdowa po Antonim, i nie było z kim natychmiast pogadać o kupnie warsztatu i niewielkiej działki rolnej przy kuźni, którą urzeczone ciszą, zarastały teraz bzy i tarnina, gromadka niezwłocznie postanowiła ruszyć dalej:

 

         No to idziemy jak najprędzej

         na drugą wieś. Tam kowal Jędrzej

         chce wziąć chłopaka na czeladnika!

 

Okazało się zaraz, że Moszek odwiedził wczoraj wieś Roztocze i zaszedł do kuźni Jędrzeja. Jak on to zrobił, skoro w tej wsi jeszcze wczoraj przebywali Goście i Pracownicy Muzeum? W karczmie u Szczygła, jak zwykle po zimie w tych dniach wyganiano ostatnie myszy z izb na pole. Opiekunowie ekspozycji wycierali pasma czarnego lepkiego kurzu z maleńkich chropowatych szybek w oknach chat i w kredensach w chałupach. Jak więc taki Moszek, w chałacie i czapce krymce mógł się tam w ogóle pojawić? Może on sobie to wszystko wymyślił? Nie, nie, bynajmniej! Tak Moszek przekonująco relacjonował towarzyszom swój wczorajszy pobyt w kuźni Jędrzeja:

 

         O tobie Maćku napomykał

         Gdym tam kupował wczoraj jajka.

         Szczepanie, lepiej niż Żyd

         To nie poradzi tobie nikt!

         Jędrzeja o warunki spytaj

         Nim Maciek będzie młotem majtać!

 

Szczepan, który zostawił w domu najwięcej wszystkiego ze wszystkich, bo i Mariannę, i nowonarodzone cielątko i dziada proszalnego przy piecu w swojej chałupie, teraz starannie dobierając słowa zwrócił się do wszystkich: 

 

         Ruszamy, bo przed nami

         drogi osiem wiorst!

         Gościńcem między topolami

         po Maćka dobry los!

 

Przechodzili właśnie nieopodal majątku dziedzica. Za bezlistnymi o tej porze platanami dwukrotnie łamał się dach kryty gontem, bieliły się ściany dworu, a dwie kolumny, jak na musztrze – do przodu wystąp – stały na straży tympanonu z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Stary gościniec przecinał tu dobra. Po prawej stronie był głęboki wąwóz, a za nim dwór, który wędrowcy właśnie dostrzegli przez gałęzie platanów. Po lewej stronie tuż przy drodze stały czworaki. Bruśniany czworak na niewielkim płaskim kawałku postawił tu jeszcze pradziad dziedzica. Dalej na północ był już grunt gminy, na nim murowany budynek szkoły powszechnej.

 

Moszek przystanął przy czworakach. Wstrzymał wędrówkę. Z czworaków wychodziły teraz dzieci i starcy, ponieważ wszyscy folwarczni w pełni sił od świtu już pracowali. W polu, przy krowach – jeden oborowy i dojarki, stajenni, pomocnicy ogrodnika, albo pomoce kuchenne w oficynie. Kowal dworski też już od dawna pracował w kuźni.

 

         – Opowiem historię, którą wuj mój Abram usłyszał od stróża majątku. Stróż ten nazwiskiem, Unikalski każdą nocą obchodził dwór i przyległy folwark. Nieraz widział jak z czworakach pali się światło silniejsze niż w samym dworze. Taki był blask, że aż łuna biła. Ten Unikalski słyszał jak z wnętrza czworaków dobiega rozmaita muzyka. Aż stare szyby dzwoniły, bo więcej w niej było bębnów, niż żydowskich skrzypiec, klarnetów i harmonii. Raz po raz rozwierały się drzwi czworaka i ludzie parami, albo w gromadce, wychodzili na zewnątrz z kieliszkami gorzałki i z papierosem z dłoniach. Trącali się, gadali. Stróż przysłuchiwał się im, a oni głośno rozmawiali o sprawach, które na pewno nie jeszcze nie nastąpiły, więc miały pewnie nastąpić wkrótce, albo dopiero po latach, gdy tego stróża już nie będzie na tym świecie.

 

A widząc folwarcznego stróża pytali: A to co to za budynki drewniane kryte drewnianymi łupkami? A jak nazywają się te wsie w oddali z chatami krytymi strzechą, niegdysiejsze? I gdzie my w ogóle jesteśmy?

 

Stróż, chłopina starej daty, poczciwy i sumienny, pytał ich, bo tak miał przykazane zachowywać się wobec obcych, skąd się tu wzięli?

 

         – A bo my som goście weselni. I teraz widząc ciebie nie wiemy, czy my jesteśmy na swoim weselu, a może na weselu naszych wnuków, albo i, może tak być, na weselu naszych pradziadów.

 

A kiedy stróż wszedł w taką noc do czworaków, zobaczył, że to już nie są czworaki, że niema tu czterech mieszkań. A każde kiedyś było z piecem i sienią i z sąsiekiem na kartofle. Spostrzegł od razu, że ścian jest mniej i ludzie tańczą do upadłego. A ponieważ strop był niski wedle starej miary, to raz po raz tańczący głową zahaczali o lampę, a ta albo się rozkołysała i tańczyła razem z nimi, albo odmawiając tańca od razu się stłukła.

 

A kiedy rano zawiadomił o tym zarządcę majątku, a ten następnie dziedzica, usłyszał, żeby o tym głośno nie mówić, tych gości zostawić w spokoju, jeżeli ich znowu której nocy zobaczy. Bo dziedzicowi się śniło, że wojna będzie, a potem zabiorą mu ten majątek i rozdadzą chłopom, i to musi być jakaś zapowiedź nowych czasów, i że to pewnie takie polskie 44.

 

A co jest dwór? Dlaczego właściciela nazywamy ziemianinem? Usiłujesz i ty Czytelniku młody podjąć wędrówkę do Muzeum. Dziś to jeszcze daremne! Przygotowałem więc dla Ciebie taką wierszowaną ściągawkę do pewnej fotografii, która przedstawia bryczkę podjeżdżającą pod dworski gazon.

 

Oto stangret na koźle. Na siedzisku dla pasażerów jest dziedzic i dziedziczka. Ubrani są w stroje z epoki. Wiosna, poranny objazd majątku, wrócili pod dwór.  W tym czasie i tego dnia Moszek, Szczepan i Maciek również docierają pod dwór i czworaki.

 

         Jan – dawny szlachcic, Hanna – szlachcianka.

         Jan – inaczej dziedzic, Hanna – ziemianka.

         Objeżdżają majątek bryczką.

         Na Sławinie koń radośnie parska.

 

         Zarządca – dziś kustosz

         objaśnia Państwu stan gospodarstwa.

         – Las, pola, łąki, bydło na folwarkach,

         modrzewiowy dwór z fortepianem,

         ale … długi w bankach.

 

         – Może chłopom odsprzedamy trochę pola

         – mówi Jan, dziś ziemianin, do Hanny

         – Ależ tak, tak mój mężu! Włościanom odsprzedajmy.

        

         Dzieci chłopskie złączone miłością,

         na tej ziemi założą gospodarstwa.

         My i oni będziemy szczęśliwsi.

        

         Koń już pod gankiem dworu

         wesoło na gazon parska.

 

Tymczasem Szczepan, Maciek i Moszek wędrowali już ku wsi Jędrzeja. Na Roztoczu stała kapliczka z figurą świętego Nepomucena. Neponuk ciepłym spojrzeniem ogarnął gromadkę, a widząc wśród nich znajomego Żyda, wyszedł na chwilę przez barierkę swojego domku i bezpiecznie przeprowadził ich przez mostek. 

 

Obyście i wy Czytelnicy albo Goście Muzeum wyłącznie spotkali takich na swojej drodze! Kowal Jędrzej należał to tego gatunku ludzi, których można było zastać zawsze i zawsze tylko przy pracy. Zdradzę też, że w tym opowiadaniu jest jedyną postacią, która ma paszport, na przechodzenie przez bramę czasu będąc zarówno postacią baśniową jak i realną.

 

Gdy stanęli w drzwiach kuźni Jędrzej wykuwał długi gwóźdź mostowy. W ciosmowskiej kuźni była już Piękna Kowalowa, w chustce trochę jakby cygańskiej, ale na pewno uwiązanej inaczej, niż to miały we zwyczaju pozostałe kobiety na Roztoczu. Piękna! Wpatrywała się we wciąż wydłużający się rozgrzany do czerwoności gwóźdź, nadnaturalnych rozmiarów, zwany mostowym. Kawaler gwóźdź nabierając coraz bardziej męskiego wyglądu nieustanie krążył między bufetem paleniska, a gładką taneczną płaszczyzną kowadła. Wreszcie Jędrzej wsadził go do gwoździownicy, zdzielił kilka razy w łeb, nasadzając kawalerowi kapelusz z szerokim rondem. Teraz trzymając robotę w cebrze z zimną wodą mógł spojrzeć na żonę. Śniadanie było przed chwilą, a ona znów w kuźni. Nie rozumiejąc powodów obecności żony, nawykły do nieprzerwanej pracy sięgnął po kolejny pręt ze starej wialni i wsunął go w palenisko.

 

A Kowalowa stoi, patrzy i rozważa. -Taki niby gwóźdź! Łączy dwa wiecznie tęskniące za sobą brzegi – przyszła jej na myśl rola w „Sadze o Józku Drzewieniu”, gdy za miesiąc razem z nieznanym jej jeszcze partnerem rozpalą grą na harmonii i śpiewem publiczność na deskach remizy w Krystynopolu.

 

Czeladnik to wielki obowiązek – pomyślała Piękna Kowalowa. – Choć będzie codziennie dochodził ze swojej wsi i nigdy z nią i Jędrzejem nie zamieszka, a alkierz nadal będzie pusty, bo w nocy go z nimi nie będzie, to przecież ona będzie żywić czeladnika, no można powiedzieć karmić. A poza tym – myślała tu już prawie głośno, tak głośno, że aż przygryzła wargi. A tak myślała. – Świat do którego trafi czeladnik to nie tylko kuźnia. Może takiego podopiecznego, włączyć do teatru, gdzie albo zagra dziecko, albo już młodzieńca, kawalera. A nawet, choć u męża tylko na Roztoczu tylko czeladnik, w Krystynopolu w remizie będzie prawdziwym kowalem. 

 

         Wchodzą do środka.

         Jest kowal Jędrzej!

         I Kowalowa!

         Po plecach strużką spływa mu pot!

         On dyma miechem!

         Ona w nim ogień rozpala uśmiechem!

         A w palenisku wielka podkowa

         –- czerwień przechodzi z żaru aż w biel!

 

        

Kuźnia z Urzędowa.

Kiedy zostaniesz już kowalem

to ja od wdowy starej

zamkniętą kuźnię na skraju wsi!

na skraju naszej wsi!

Kupię Ci!

Fot. K. Wasilczyk, 2018 r.

 

Teraz gromadka przystanęła przy starej kuźni Antoniego. Moszek i Szczepan oglądali potężną podrdzewiałą kłódkę w drzwiach a potem ich wzrok spotkał się na dłuższą chwilę.

Reprod. z: Sulkiewicz i Robakowski. Fabryka kłódek, Bydgoszcz. Katalog na kłódki. Wydanie na rok 1936/37.

 

Garnek był brzuchaty, wypisz wymaluj jak te, garncarza Gozdalskiego z Urzędowa, lecz na podobieństwo glinianych gdzieś w fabrykach odlany teraz z żeliwa. Poczuła, że z zewnątrz – jest lekko szorstki jak policzek Szczepana. W środku – wsadziła rękę – gładki i śliski jak białko, biało emaliowany.

Zb. MWL, fot. K. Wasilczyk.

 

Teraz Marianna zajęła się oglądaniem nowego prasowacza. Co widzi? Na kominie żelazka odlewnik Kronenbluma pięknie utrwalił wstęgi pędzących do góry dymów, i jak się która kobieta za bardzo wpatrzyła w czasie prasowania w ten komin, to się mogło jej w głowie zakręcić.

Reprod. z: Ilustracja z katalogu nieustalonej firmy, marzec 1909 r.

 

Szczepan, który zostawił w domu najwięcej wszystkiego ze wszystkich, bo i Mariannę, i nowonarodzone cielątko i dziada proszalnego przy piecu w swojej chałupie, teraz starannie dobierając słowa zwrócił się do wszystkich: 

         Ruszamy, bo przed nami

         drogi osiem wiorst!

         Gościńcem między topolami

         po Maćka dobry los!

Fot. K. Wasilczyk, 2018 r.

 

Z czworaków wychodziły teraz dzieci i starcy, ponieważ wszyscy folwarczni w pełni sił od świtu już pracowali. Kowal dworski też już od dawna pracował w kuźni.

Fot. K. Wasilczyk, 2020 r.

 

Oto stangret na koźle. Na siedzisku dla pasażerów jest dziedzic i dziedziczka.  Ubrani są w stroje z epoki. Wiosna, poranny objazd majątku, wrócili pod dwór.  W tym czasie i tego dnia Moszek, Szczepan i Maciek również docierają pod dwór i czworaki.

Fot. K. Wasilczyk, 2009 r.

 

Tymczasem Szczepan, Maciek i Moszek wędrowali już ku wsi Jędrzeja. Na Roztoczu stała kapliczka z figurą świętego Nepomucena. Neponuk ciepłym spojrzeniem ogarnął gromadkę, a widząc wśród nich znajomego Żyda, wyszedł na chwilę przez barierkę swojego domku i bezpiecznie przeprowadził ich przez mostek.

Fot. K. Wasilczyk.

 

Kuźnia z Ciosm.

Muzeum wydarzeń. Próba parateatralizacji na podstawie fotografii K. Wasilczyka. 

 

Zdradzę też, że w tym opowiadaniu kowal Jędrzej jest jedyną postacią, która ma paszport na przechodzenie przez bramę czasu będąc zarówno postacią baśniową jak i realną.

         Wchodzą do środka.

         Jest kowal Jędrzej!

         I Kowalowa!

         Po plecach strużką spływa mu pot!

         On dyma miechem!

         Ona w nim ogień rozpala uśmiechem!

         A w palenisku wielka podkowa

   –czerwień przechodzi z żaru aż w biel!

Fot. K. Wasilczyk, 2018 r.

 

 

Odc. 10

 

Co kilka godzin docierał na Sławin jakiś dziad proszalny, wędrowny kowal, ubogi podróżny, albo zakonnik kwestujący na odbudowę spalonego kościoła na kresach. Przynosili oni teraz nowe wieści ze świata. Że tu i ówdzie już muzea się otwierają, a zwłaszcza muzea na otwartym powietrzu. Tak miało już być na Łotwie i w Estonii, podobno i w dalekiej Danii. Postacie baśniowe i historyczne czując, iż czas ich jest już policzony, chciały w tych ostatnich dniach jak najszybciej zaprezentować się, a przede wszystkim niezwłocznie załatwić wszystkie zaległe sprawy. Sprawy małe i wielkie.

 

W poprzednim odcinku nasza gromadka – gospodarz Szczepan, jego syn Maciej, w towarzystwie domokrążcy Moszka, dotarli właśnie na wieś Roztocze do kuźni Jędrzeja. W ciągu najbliższych kilku godzin tam się właśnie rozstrzygnie czy kowal Jędrzej przyjmie Maćka na czeladnika. Tam też Piękna Kowalowa, gotując mężowi i przykładnie sypiając z nim, czekała na premierę sztuki „Saga o Józku Drzewieniu”. Czekała mając głęboko ukrywaną nadzieję, że na deskach remizy
w Krystynopolu, jej sceniczny partner będzie bardziej przystojny i bardziej muzycznie utalentowany niż Jędrzej.

 

Kupiec Abram szykował kolejne skrzynie jaj, aby wysłać je wiślanym parostatkiem z przystani w Krystynopolu do chłodni w Gdańsku. Tam w Wolnym Mieście, jaja będą przeczekiwać na odpowiednio wysokie ceny w Londynie. Dziesiątki domokrążców takich jak Moszek skupowało jaja we wsiach położonych w pobliżu Krystynopola. Sztuki tworzyły tuziny, tuziny składały się na kopy i grosy. Gros pomnożony przez dziesięć – to już była wielka liczba 1440 jaj, czyli pełna skrzynia eksportowa. Gęsi na błoniach spacerowały wyłącznie parami mając nadzieję, że gdziekolwiek trafią, a choćby i na pruskie stoły, do końca będą razem i nikt ich nie rozdzieli. Burmistrz po podpisaniu siedemnastu świadectw ubóstwa chodził po miasteczku z Posterunkowym i wypatrywał miejsc dotąd jeszcze niepobielonych, stanowiących potencjalne zarzewie ognisk epidemicznych.

 

Trochę już późno na snucie nowych wątków, ale jeszcze i to wam opowiem. Nie dlatego, żeby była to jakaś szczególnie ciekawa historia z życia codziennego w miasteczku, ale dlatego, że się bardzo dobrze skończyła. Otóż w Krystynopolu przy ulicy Krótkiej stał dom, tylko jeden dom na tej ulicy. Mieszkali w nim ojciec z córką. Józef mimo podeszłego wieku nocami jeździł do Lublina po towar dla miasteczkowych kupców. Wszystkie wilki na gościńcu z Krystynopola do Miasta dobrze znały i omijały z daleka białą brodę i bacisko starego wozaka. Marianna była wieloletnią panną. Niska, na ciele drobna, lecz z głową dość dużą, dodatkowo jeszcze powiększoną przez włosy bujne i upięte na wysokości szyi i raz jeszcze podwiązane do góry.

 

Marianna po śmierci matki przejęła niektóre jej czynności. Nie wszystkie, nie wszystkie, ale trochę przejęła. Paliła w piecu, gotowała ziemniaki i kapustę z grochem. Potrafiła też upiec ojcu chleb na wyprawę furmanką do Lublina. Od lat niewiele wychodziła z domu, i zawsze starała się mieć dużo czasu na malowanie kredkami rozmaitych okolicznościowych kart i pocztówek. „Pozdrowienia z Krystynopola”:

 

 „Wesołych Świąt”.

„Alleluja”.

„Rejs, przygoda i miłość. Parostatkiem z Krystynopola do stolicy”.

„Szczęśliwej podróży Paniom i Panom Pasażerom <Gońca> życzy Kapitan”.

 

Dzięki Abramowi te urocze powinszowania te były do kupienia w sklepie kolonialnym w miasteczku i aż na dwóch wiślanych parostatkach.

 

Lecz najwięcej czasu Marianna poświęcała na pisanie wierszy. Kartek czystych i już drobno zapisanych więcej było w kuchni niż misek i talerzy, a ołówków więcej niż szczap smolnych, łyżek i świecy.

 

Minionej nocy Józef nie jeździł do Lublina, więc był wyspany. Od rana siedział na ławie przy piecu i nie dając tego po sobie poznać chyba właśnie znów bardzo martwił się o przyszłość córki, gdy w szybkę drzwi do chałupy zapukał listonosz. Przyniósł list od nieznanego mężczyzny do Marianny. Ona właśnie czytała ojcu swoje wiersze. A one, albo się jemu podobały się i wówczas mawiał do swojej poetki po wozacku – „Wio, wio, no dalej, dalej”, albo klaskał w ręce jak jego dziadek pokrzykując „Boś!, boś!” –  jak na jakie woły. A kiedy wiersz się nie podobał, to Józef pomrukiwał – „Prr! Prr!”.

 

Między siódmym a ósmym wierszem, Marianna po raz czterdziesty czwarty spojrzała na kopertę leżącą na kolanie ojca. Pomyślała – Już pora odczytać list od nieznajomego. – Przeczytam głośno. Przed ojcem nie mam żadnych tajemnic! Z koperty, na której było napisane „Do panny Marianny” najpierw wysypało się trochę białego proszku, w którym ojciec i córka, zgodnie rozpoznali pszenną mąkę najlepszego przemiału. List zaczynał się od „Całuję Rączki Mojej Pięknej”. Dalej było dużo wyznań i słów podziwu dla talentu i wdzięku Marianny.

 

„Pierwszy raz ujrzałem Panią dwa dni temu, w Krystynopolu w remizie na próbie teatralnej „Sagi o Józku Drzewieniu”. Dalej pisał „Grałaś tam Pani przecudnie i przekonująco rolę Marianny, żony Józka stolarza. Pięknej i dobrej, wczesną wiosną opuszczonej przez męża. Opuszczonej, lecz nieodtrąconej. Zostawionej, lecz nie z tego powodu, że jej nie kochał. Lecz dlatego, że jeszcze bardziej od Marianny kochał prace na wielkich budowach tego świata. Józek zawsze mówił – fakt, że do siebie i półgłosem – że, chce stawiać mosty, kościoły i cerkwie, obszerne karczmy ze stanem dla koni i ratusze.” Najwyraźniej pisał do Marianny człowiek, który bardzo dużo rozumiał. „Na tej wsi ludzie różnie mówili. Że Józkowi znak powołania przyniosły albo szerszenie, albo coraz drobniejsze obstalunki. Więc chciał uciec od wykonywania małych przedmiotów, od ramek, toczonych cukiernic i całych tuzinów identycznych łyżek weselnych. No i któregoś dnia ruszył gościńcem w kierunku Chełma.”  

 

 – „Piękna gra! Majstersztyk! Gesty adekwatne, przemyślane, jakby i trochę dodane z własnego serca. Ja teraz tylko bardzo proszę Pannę Mariannę o spotkanie. Bardzo proszę. Dziś wieczorem, na przystani w Krystynopolu.

 

 Na koniec tego czytania z koperty wysypało się ponownie trochę białego proszku, w którym oboje z ojcem znów rozpoznali pszenną mąkę najlepszego przemiału.

 

Marianna podjęła wyzwanie. Jeszcze w południe przyszykowała najpiękniejszą jedwabną bluzkę i powiesiła ją na wieszaku przy kredensie. Następne godziny minęły jej na rysowaniu pocztówek z parostatkiem i rozmowach z ojcem. Została już niespełna godzina do spotkania z nieznajomym, więc Marianna sięgnęła po bluzkę. Jakież było jej przerażenie, gdy spostrzegła, że z tej jej koszulki poderwała się cała chmara wielkich much. A potem zobaczyła biały jedwab upstrzony nieskończoną ilością czarnych kropek. No nie ma innej rady trzeba szybko przeprać zafajdaną bluzkę i wywiesić a ją na dwór. Ale wieczór był chłodnawy i bezwietrzny a słońce miało się ku zachodowi, więc bluzka prawie nie schła. Dobrze, niech będzie ta bluzka na niedzielę, do kościoła i na defiladę.

 

Na niedzielnej defiladzie wokół rynku w Krystynopolu aktorzy mieli iść prawie na przedzie, tuż za orkiestrą strażacką, policjantami i zwykłymi strażakami, jako że teatr amatorski działał przy straży ogniowej. Pożarnicy powinni iść w pochodzie pierwsi przez zwykły szacunek dla ich odwagi. Odważni do pożaru, odważni na scenie! Żaden z nich bowiem nie odmówił zagrania roli kobiecej w „Sadze o Józku Drzewieniu”. Całą sztukę grały chłopy, z wyjątkiem Marianny i Pięknej Kowalowej z Roztocza. Ponieważ sztuka kończy się a Józek do żony nie wraca, to kobiety z miasteczka, znając cały scenariusz, najpierw zmówiły się a potem jedna po drugiej odmówiły kierownikowi szkoły wyuczenia się i zagrania ról kobiecych. Każda odmawiała prawie jednakowo – „Dąbkowe, Sosnowe, Olchowe i Świerczyny, te i inne, które gromadzą się, co kilka dni w chałupie Marianny i oczekują na powrót jej męża, niech sobie tam gadają i daremnie czekają a my z powodu epidemii mamy ustawiczne bielenie i pranie w naszym Krystynopolu.

 

Ale wróćmy teraz do domu Józefa i do dnia, w którym jego niezamężna córka otrzymała list od nieznajomego.

 

– Mam jeszcze drugą bluzkę – pomyślała Marianna. Szybko wygrzebała ją z malowanej skrzyni, lecz koszulka była cała pomięta. Spośród dwóch żelazek stojących na przypiecowym ogrzewalniku, berlińskiego i szwajcarskiego, wybrała to szwajcarskie, na węgle. Wspięła się po nie na paluszkach a potem nabrała z pieca jeszcze żarzących się węgli i rozdmuchała je w korpusie żelazka. Lecz kiedy Marianna w wielkim pośpiechu prasowała, z żelazka posypały się iskrzące węgielki. Teraz cała bluzka była poprzepalana.

 

Marianna była zrozpaczona. Czy jest jeszcze jakieś dobre wyjście? Tak! W komorze na żerdzi ma jeszcze jedną koszulkę. Lnianą, z płótna tkanego przez jej matkę na krosnach. Teraz oboje z ojcem zadecydowali, że żelazko szwajcarskie ma iść precz. Będzie prasować niewielkim żelazkiem berlińskim, konkretnie numer 3. Stary ojciec pomagał jej jak mógł. W kuchni były dwie dusze do tego żelazka. Podkładał drewno i jak najwięcej szyszek żeby szybko żar zrobił się w palenisku. Podstudzoną duszę wytrząsał z korpusu żelazka i kolistym ruchem pogrzebacza raz po raz przenosił do paleniska. A z żaru Józef wybierał pogrzebaczem drugą duszę, na krawędziach rozpaloną prawie do czerwoności, i wkładał ja do sakiewki żelazka. Każda dusza miała na przestrzał otwór na haczyk pogrzebacza, więc cała ta wymiana dusz wyglądała na bezpieczną i harmonijną. Teraz robota dobrze rokowała.

Jednak jak pech to pech! Wymięta lniana koszula w ogóle nie poddawała się prasowaniu niewielkim, więc lekkim, żelazkiem berlińskim nr 3. Wkrótce ojciec i córka zorientowali się, iż od natarczywych ruchów żelazka uszkodziło się kilka perłowych guziczków koszuli. A materiał jak był pomięty, tak pomięty pozostał.

 

Trzeba nam cięższego żelazka – zdecydował Józef. I przypomniał sobie, że niedawno wiózł takie z Lublina, z ulicy Nowej, z tamtejszej znamienitej hurtowni „Szkłopol” na specjalne zamówienie krawca Szyngermana. Takie dwudziestoczterofuntowe żelazko miał w Krystynopolu tylko jeden człowiek – właśnie Szyngerman. Miał on pracownię krawiecką w wojsławickim podcieniu. Zaledwie pięciołokciowy miedzuch zakład tego Szyngermana dzielił, a właściwie łączył z właśnie tworzonym posterunkiem i koszarami Policji Państwowej w budynku Ratusza. Krawiec miał swoją, bardzo trafną kalkulację, gdy sprowadzał do Krystynopola tak ciężkie żelazko. Spodziewał się, iż to właśnie u niego wszyscy krystynopolscy policjanci prasować będą mundury i płaszcze na niedziele i dodatkowo przed defiladami. Co więcej! Przecież Wisła płynie u samego podnóża rynku w Krystynopolu. Z przystani na rynek miasteczka to tylko dwie minuty wspinaczki dla zdrowego mężczyzny. A ci, co noszą mundur i czapki z celuloidowym daszkiem są zdrowi i szybcy.  Gdy pasażerowie na parostatku lekko wysunięci przez reling, tak aby nie pomiąć płaszczy, podziwiać będą piękno Krystynopola, to oficerowie może wpadną na moment do krawca na rynku – aby on Szyngerman fachowo wyprasował im mundur.  

 

Jednak dziś Szyngerman nie mógł pożyczyć staremu Józefowi swojego najcięższego żelazka. Bowiem akurat prasował mundur Panu Posterunkowemu na jutrzejszą defiladę w Krystynopolu. 

 

Wiec Marianna, jeszcze bardziej zrozpaczona wyjrzała przez okno.

– Może ta jedwabna bluzka już trochę podeschła. 

 

Niestety, była jeszcze bardzo, bardzo mokra. Co robić? I w tej właśnie chwili w izbie Józefa pod sufitem …

 

lampa dostała prąd z młyna

i teraz raźno świecić poczyna.

 

W tym samym momencie zapaliła się też latarnia uliczna na słupie u zbiegu Głuskiej i Krótkiej.

 

– Pobiegnę do sklepu żelaznego mojego siostrzeńca Hersza Libhabera, może pożyczy mi żelazko z półki!

 

Hersz, życząc ciotce wszystkiego najlepszego pożyczył jej elektryczne żelazko firmy „Brabork” typu 10810 o mocy 400 Watt. Żelazko zaopatrzone było w żłobki na guziki, pozwalające na łatwe i dokładne odprasowanie materiału obok guzików i pod nimi. Drewniana rączka o nowoczesnym kształcie miała zapewnić maksimum wygody dla prasujących. Oprócz żelazka siostrzeniec dał cioci niespełna dwułokciowy sznur przyłączowy, zwany przedłużaczem. I w ostatniej chwili, dosłownie już w drzwiach, wcisnął Mariannie w dłoń jeszcze coś twardego, zimnego i śliskiego. To urządzenie elektrotechniczne na tą chwilę niezbędne w sytuacji, w jakiej na stałe byli Józef i Marianna względem elektrowni we młynie. To porcelanowe gniazdo wtyczkowe dwubiegunowe z gwintem do oprawki, zwane pospolicie złodziejką.

 

Hersz dał jej to wszystko bez wahania i bez słowa. To dobrze świadczy o siostrzeńcu. Teraz podziwiajmy Hersza, za chwilę będziemy musieli mu wybaczyć, by za moment jeszcze bardziej Hersza podziwiać. To kupiec żelazny, a elektrotechnikę w sklepie prowadzi tak trochę na uboczu, bez kupieckiej tradycji, ponieważ w Krystynopolu dostawy prądu elektrycznego z miejscowego młyna mają zaledwie czteroletnią historię. Wcześniej mieszkańcy miasteczka widzieli światło elektryczne albo w postaci błyskawic, albo smużki błądzących promieni z elektrycznej latarki w ręku policjanta z sąsiedniego miasteczka, albo jako włączony reflektor w samochodzie przejeżdżającym nocą przez miasteczko. Hersz, tak jak i wszyscy mieszkańcy Krystynopola, wieczorami pracował przy świetle lampy naftowej. Kupiec sprzedawał w tamtych latach mnóstwo nafty i stąd świetnie zna się na lampach ściennych, stajennych i podsufitowych.   

 

Czytelniku, wyobraź sobie taki instruktażowy obrazek. Oto na tle ratusza, albo lepiej na tle młyna, stoją dwaj mieszkańcy Krystynopola, żyjący w tamtych latach trzydziestych ubiegłego wieku. Od czterech lat, jak już wiecie, miasteczko dostaje wieczorny prąd z młyna.  Po lewej Abram, syn Pinkasa, a po prawej Józef, syn Jana, to przecież ojciec Marianny. Abram trzyma w ręku licznik energii elektrycznej. To znak, że jest odbiorcą licznikowym. W kuchni, w pokoju, także w sklepie albo w wyszynku, ma gniazdka w ścianie – na maszynkę do gotowania, na porządne radio lampowe, nie takie na baterię. Taki nocą prowadzi sobie rachunki przy lampie biurowej a jego żona prasuje mu żelazkiem elektrycznym marynarkę albo kaftan. Może kiedyś w Krystynopolu zdarzy się cud, czyli Abram stanie się bardziej bogaty, to on kupi żonie jeszcze odkurzacz, lodówkę elektryczną i piecyk „Brabork”.

 

Natomiast Józef na naszym instruktażowym obrazku trzyma w ręku czterdziestowatową żarówkę wkręcaną w porcelitową oprawkę zamocowaną w podsufitowym daszku z blachy stalowej emaliowanej. To znak, że Józef, i na naszym prospekcie, i w rzeczywistości – jako obywatel Krystynopola – jest tylko odbiorcą ryczałtowym. Płaci on za jeden punkt świetlny o mocy 40 watt, i tylko 40 watt. Józef nie ma w mieszkaniu ani licznika ani gniazdka, a w kuchni lampa pod sufitem zapala się przed zmierzchem wraz z uruchomieniem dostawy energii elektrycznej z lokalnej elektrowni przy młynie. Ta lampa gaśnie, gdy o północy młynarz wyłącza silnik i napęd na prądnicę.

 

Marianna znowu będzie prasować! Przesuwa stół po podłodze, tak aby stał równo pod lampę podsufitową. Wykręca z lampy czterdziestowatową żarówkę i wkręca tam złodziejkę. Następnie w złodziejkę wsadza wtyczkę przedłużacza. Lecz po wetknięciu drugiej wtyczki w żelazko okazuje się, że sznur jest za krótki i żelazko wisi w powietrzu nad stołem, O! To jest jakiś znak – pomyślał Józef. Usiadł na ławie nieco już zmęczony, no i głodny, bo tego dnia Marianna nawet kartofli nie ugotowała. Czytelnikowi wiadomo z jakich powodów. 

 

Na stół postawię tą krótką ławkę – powiedziała. I zaraz rezolutna Marianna stawia na stole ławę do spożywania posiłków. Sama zaś stanęła na taborecie. Tam wysoko pod sufitem, choć plecy zręcznie wcisnęła w dwułokciową przerwę między belkami pułapowymi, jest już mocno zgarbiona. Ale, raz, dwa i z powrotem, raz dwa i z powrotem – może na tej ławce prasować, a właściwie suszyć bluzkę. Korpus żelazka stopniowo robi się gorący. Ach jak przyjemnie – myśli Marianna – tak prasując i prasując można o wszystkim zapomnieć. Można zapomnieć nawet o spotkaniu z nieznajomym, które tuż, tuż. Jej najlepsza bluzka z powrotem wraca do gry.

 

Wtem! O kurczę! Marianna zaklęła jak tylko umiała. Latarnia przed domem Józefa nagle zgasła. W izbie półmrok, a i żelazko stygnie, może nie od razu, ale stygnie. Chyba już nie ma prądu? Mijają minuty, jedna, druga, trzecia. Gdy już żelazko mocno przestygło, może w piątej minucie jak prąd przestał płynąć, w drzwiach chałupy pojawił się nieznany Józefowi i Mariannie, wysoki postawny mężczyzna. Wprawdzie wszedł bez pukania do mieszkania, ale zaraz zdjął czarną sukienną czapkę z celuloidowym daszkiem i grzecznie się przedstawił.

 

– Moje uszanowanie. Jestem monterem zatrudnionym w elektrowni przy młynie. Od niedawna. Tak w ogóle to pochodzę z Warszawy. W maszynowni jest rozdzielnia i jak jest awaria w Krystynopolu, to od razu wiem, na której ulicy, albo w której części przy rynku coś się stało. A ponieważ na ulicy Krótkiej jest tylko jeden dom, tu zwrócił się do głowy bielejącej na ławie pod piecem

 

– To Pański dom? Awaria ma miejsce u was!  

 

Marianna nie zeszła jeszcze z taboretu, będąc przekonana, że lampa zgasła na chwilę i że prąd za chwilę znów popłynie. Monter sądził, że ta kobieta próbuje sama naprawić lampę i dlatego tak tkwi pod sufitem. Szybko jednak dojrzał w półmroku przestawiony stół, na nim ławkę, na ławce żelazko, a na żelazku kobiecą dłoń. I wreszcie zobaczył złodziejkę wkręconą pod daszkiem w oprawę lampy podsufitowej.

 

– Jak można tak kraść elektryczność Panu Młynarzowi! To przez Panią musiałem teraz w całym miasteczku prąd wyłączyć. Nie chce Pani sprawić przykrości, ale Krystynopol to nie Warszawa.  Jeszcze ale nie mieszkamy w Warszawie, żebyśmy tak sobie wszyscy mogli prasować, płacąc grosze jedynie za ryczałt.

 

– Przepraszamy Panie młynarzu, my bardzo przepraszamy. Dobiegł spod sufitu, z półmroku kobiecy głos.

 

Mój Boże! pomyślał Monter. – To przecież panna Marianna, którą tak upodobałem sobie, gdym ją zobaczył.

 

W tym momencie monter-elektryk rozpoznał głos, który kilka razy słyszał na próbach sztuki „Saga o Józku Drzewieniu” w krystynopolskiej remizie. I wtedy i teraz mocniej zabiło mu serce. A kiedy kobieta raz jeszcze powiedziała – Nadzwyczajniej przepraszamy, panie Monterze – nie miał już żadnych wątpliwości, że słyszy tą, którą najszczerszym listem pocztowym zaprosił na rendez-vous na przystań nad Wisłą.

 

– To głos tej, z którą chciałbym wejść po trapie na parostatek i natychmiast z Krystynopola odpłynąć razem do Warszawy.

 

– Panno Marianno! Proszę uważać. Niech Panna sama nie schodzi ze stołu. Już Pannę chwytam i już Pannę stawiam na podłodze.

 

Wydarzenia opisane w odcinku 10 miały miejsce tego samego dnia, gdy nasza gromadka – Szczepan, Maciek i domokrążca Moszek dotarła do kuźni Jędrzeja, i zdaje się, także do serca Pięknej Kowalowej. Było to na kilka tygodni przed przywróceniem obecnego porządku na ekspozycji i pojawieniem się w skansenie pierwszych Gości, którym nisko, choć z przepisowej odległości, kłaniają się już opiekunowie ekspozycji. W muzealnym miasteczku postacie historyczne i baśniowe pozamykały się jeszcze gdzieniegdzie po domach, sklepach i warsztatach. Duża grupa rodowitych mieszkańców miasteczka-sztetł odbywa dobrowolnie przedłużoną karę w samoklęskim areszcie gminnym. To już wyłącznie kara za kłamstwo, uporczywe twierdzenie, że urodzili się, mieszkają i od zawsze handlują w Krystynopolu. Monter Warszawiak z Marianną ukrywają się wśród dawnych nadwiślańskich wiklin w pobliżu przystani oczekując na przypłynięcie parostatku w kierunku Warszawy.

 

W dalszych odcinkach powieści wrócimy do jednodniowych wydarzeń w przestrzeni architektury Muzeum z kwietnia bieżącego roku. Chodzi o sytuacje i sprawy z udziałem Maćka i tych wszystkich osób, które bardzo chciały pomóc chłopakowi, aby został kowalem.       

 

Gęsi na błoniach spacerowały wyłącznie parami mając nadzieję, że gdziekolwiek trafią, a choćby i na pruskie stoły, do końca będą razem i nikt ich nie rozdzieli.

Muzealne Powiśle, fot. K. Wasilczyk 2017 r.

 

Piękna Kowalowa, gotując mężowi i ***czekała na premierę sztuki „Saga o Józku Drzewieniu”. Czekała mając głęboko ukrywaną nadzieję, że na deskach remizy w Krystynopolu, jej sceniczny partner będzie bardziej przystojny i bardziej muzycznie utalentowany niż Jędrzej.

Muzealne miasteczko. Spektakl „Saga o Józku Drzewieniu”, 2018 r., fot. K. Wasilczyk.

 

Otóż w Krystynopolu przy ulicy Krótkiej stał dom, tylko jeden dom na tej ulicy. Mieszkali w nim ojciec z córką.

Muzealne miasteczko. Dom Libhaberów. Kuchnia Moszka Klajnera, Fot. K. Wasilczyk, 2017 r.

 

Józef martwił się o przyszłość córki, gdy w szybkę drzwi do chałupy zapukał listonosz. Przyniósł list od nieznanego mężczyzny do Marianny. Ona właśnie czytała ojcu swoje wiersze.

Muzealne miasteczko. Ulica Głuska, fot. K. Wasilczyk, 2019 r.

 

Spośród dwóch żelazek stojących na przypiecowym ogrzewalniku, berlińskiego i szwajcarskiego, wybrała to szwajcarskie, na węgle. Lecz kiedy Marianna w wielkim pośpiechu prasowała, z żelazka posypały się iskrzące węgielki. Teraz cała bluzka była poprzepalana.

Reprod. z: „Metalurgia”, Częstochowa. Katalog Nr. 1 rok 1930.

 

… żelazko szwajcarskie ma iść precz. Będzie prasować niewielkim żelazkiem berlińskim, konkretnie numer 3. Jednak jak pech to pech! Wymięta lniana koszula w ogóle nie poddawała się prasowaniu niewielkim, więc lekkim, żelazkiem berlińskim nr 3.

Reprod. z: S. Kronenblum. Fabryka Odlewów Żelaznych, Zakłady Mechaniczne i Chromo-niklarnia. Końskie. Katalog Nr. 4. 1901-1939 r.

 

Takie dwudziestoczterofuntowe żelazko miał w Krystynopolu tylko jeden człowiek – właśnie Szyngerman. Miał on pracownię krawiecką w wojsławickim podcieniu.

Reprod. z: „Metalurgia”, Częstochowa. Katalog Nr. 1 rok 1930.

 

Pobiegnę do sklepu żelaznego mojego siostrzeńca Hersza Libhabera, może pożyczy mi żelazko z półki!

Muzealne miasteczko. Sklep żelazny. Fot. K. Wasilczyk, 2016 r.

 

Hersz, życząc ciotce wszystkiego najlepszego pożyczył jej elektryczne żelazko firmy „Brabork” typu 10810 o mocy 400 Watt. Żelazko zaopatrzone było w żłobki na guziki, pozwalające na łatwe i dokładne odprasowanie materiału obok guzików i pod nimi.

Reprod. z: Grzejniki Brabork – radością Pani Domu. Prospekt Nr. 45. Grudzień 1937.

 

I w ostatniej chwili, dosłownie już w drzwiach, wcisnął Mariannie w dłoń jeszcze coś twardego, zimnego i śliskiego.

Reprod. z: Bracia Borkowscy. Warszawa. Łódź. Cennik Nr. 15. 1928 r.

 

Duża grupa rodowitych mieszkańców miasteczka-sztetł odbywa dobrowolnie przedłużoną karę w samoklęskim areszcie gminnym. To już wyłącznie kara za kłamstwo, uporczywe twierdzenie, że urodzili się, mieszkają i od zawsze handlują w Krystynopolu.

Muzealne miasteczko. Areszt z Samoklęsk. Fot. K. Wasilczyk 2016 r.

 

Monter Warszawiak z Marianną …

Reprod. z: Fabryka Wyrobów Metalowych, Wiśniewski, Serejski, Słuckin, Warszawa. Katalog 1935/36 r.

 

Monter Warszawiak z Marianną ukrywają się wśród dawnych nadwiślańskich wiklin w pobliżu przystani oczekując na przypłynięcie parostatku w kierunku Warszawy.

Muzealne Powiśle. Fot. K. Wasilczyk 2016 r.

 

Chodzi o sytuacje i sprawy z udziałem Maćka i tych wszystkich osób, które bardzo chciały pomóc chłopakowi, aby został kowalem.

Reprod. z: Spółka Akcyjna Handlu Towarami Żelaznymi Krzysztof Brun i Syn, Warszawa. Cennik narzędzi i artykułów technicznych. 1928 r.

 

 

Odc. 11

 

Słoneczne, choć wietrzne przedpołudnie zawładnęło gminą Krystynopol. Cztery kłębiaste białe chmurki jak wapienny pył spod bryczki Abrama pędziły po niebie z zachodu znad Wisły. Obłoki zwalniały nad rynkiem w Krystynopolu, a później znów przyśpieszały na niebiańskim gościńcu podążając w kierunku okolicznych wsi Wyżyna, Roztocze, przysiółków i dworu. Napędzały ramiona wiatraków, wymachiwały rękawami kapot ubiegłorocznych strachów na wróble, przyginały przy samym kominach ostatnie smużki dymu po rannym oszczędnym gotowaniu kartofli.

 

Hersz odtworzył sklep żelazny już kilka godzin temu. Lecz dopiero teraz, widząc Abrama stojącego od dłuższej chwili na schodkach i niemal zasłaniającego plecami, zapewne nieświadomie, tabliczkę SKLEP ŻELAZNY/ HERSZ LIBHABER, zdecydował się wynieść trochę towaru na dwór, by przyciągał ludzi i nowościami kluł w oczy siedmiu innych kupców żelaźniaków w Krystynopolu. Jako pierwszą wynieśli z Abramem wannę wiedeńską z blachy ocynkowanej. Ciężka, z dnem podbitym grubymi dębowymi deskami, by blacha nie wyginała się i nie pykała gdy najbardziej korpulentne damy w miasteczku wierciły się podczas kąpieli. Po drugiej stronie wejścia do sklepu stanął pług włościański sprowadzony niedawno parostatkiem aż z Grudziądza. Od kilku dni przykuwał zainteresowanie chłopów, ale przede wszystkim okolicznych kowali, którzy zgodnie rozpamiętywali nie tyle szczegóły  konstrukcyjne, bo był niesłychane prosty, ile kręcili głową i dziwili się niskiej cenie fabrycznego pługa.

 

U zbiegu ulic Warszawskiej i Głuskiej ustawił beczkę po cemencie tak, że widoczna była z każdej strony świata. Większe zapasy cementu trzymał w komórce na podwórzu. Jedna klepka, pomalowana na czerwono oznaczała, że tej wiosny Hersz ma na składzie najlepszy portlandzki cement. O dziwo, ta pusta świerkowa beczka spięta dwoma leszczynowymi obręczami wzbudzała największe zainteresowanie miasteczkowej dziatwy. Ciarki przechodziły dzieciakom po całym ciele gdy zaglądały do jej wnętrza. Gąszcz sterczących i niezagiętych ostrzy gwoździ kojarzył im się z opowieścią krążącą po miasteczku – o beczce do wytaczania krwi z porwanych niemowląt. Ponieważ każde dziecko w miasteczku wiedziało co to jest maca, teraz oglądając beczkę, wiedziały już niemal wszystko. W fabryce cementu nie opłacało się zaginać gwoździ i Moszek nieraz dobrze doradzał Herszowi, aby wziął młotek i sam to zrobił, ale zawsze były jakieś pilniejsze sprawy. 

 

W każdym miasteczku-sztetl był rabin, wójt albo i burmistrz, babka, która odbierała porody, głupek. Tylko żebrak nie był miejscowy. I każdym miasteczku był też taki, no, no taki, no taki bardzo, bardzo prawdziwy Polak. On to, gdy do Krystynopola zjechali się chłopi z okolicznych wsi, stawał na rynku obok budki z lodami i krzyczał – Idziemy za Olzę! Idziemy za Olzę! Idziemy za Olzę! Dla większości włościan, był to znak, że właśnie teraz trzeba lepiej uważać na towar na swojej furmance. Ale niejeden te krzyki na długie lata zapamiętał i wówczas myślał nawet, że to ogłoszenie urzędowe i na dziś już koniec jarmarku. Albo innym razem taki bardzo prawdziwy Polak zgarnął gromadkę dzieci wracających ze szkoły, zaprowadził je pod rozłożysty polski dąb pamiętający jeszcze czasy lokacji Krystynopola i tam naopowiadał im o mordach rytualnych.

 

Lecz teraz przenieśmy się już do kuźni Jędrzeja we wsi Roztocze. Dotarli tam już Szczepan – gospodarz z Wyżyny, jego dwunastoletni syn Maciej i towarzyszący im Moszek, domokrążca z Krystynopola. W kuźni zastali kowala Jędrzeja i Piękną Kowalową. Na gościńcu przed kuźnią stał sznur wozów, w każdym gospodarz, a z tyłu na furmance albo pług zepsuty, albo na słomie żelazo kowalne na zawiasy do stodoły, albo pręt na korbę do studni. Kilku chłopów było bez wozów, konie do podkucia trzymali na postronku albo wprost za uzdę. Gdy Szczepan i towarzysze wchodzili do kuźni, ilość jednocześnie oczekujących klientów wywarła mocne wrażenie na Maćku. Lecz ani przez chwilę, on i jego ojciec nie podejrzewali, że Jędrzej celowo umówił pół wsi na to jedno przedpołudnie.

 

Poza opisem kolejki na gościńcu, chwilę uwagi poświęcimy jeszcze na obserwację i opis najbliższego otoczenia kuźni. Za kuźnią rósł kasztan i starodrzew bukowy a wokół szopy rozmaite krzaki. Od wschodu do ciośmiańskiego warsztatu Jędrzeja przylegał stary cmentarzyk, a tuż za nim stała drewniana cerkiewka. O tej porze roku łąka wypełniająca przestrzeń miedzy rusińskimi nagrobkami już była mocno kwiecista. Gdy tego przedpołudnia w kuźni wykuwano przyszłość Maćka – w jednej osobie tęgiego marzyciela i solidnego sprawcę, na gałęziach wokół warsztatu kotłowało się mnóstwo ptaków, w chabuziach płożyły się węże i żaby. Wszędzie pełno było trzmieli, much, pasikoników i pająków. Wprawdzie od czasu do czasu
z wnętrza dobiegały uderzenia i zgrzyt kuziennych narzędzi, jednak przez długie chwilę okolice kuźni spowijała cisza. Czas pogodnych rozmów i uczciwych negocjacji przyciągnął wszelkie stworzenia w tą cześć wsi. A może to zwykła powszednia ciekawość zwierzątek, którym Jędrzej i Piękna Kowalowa zawsze na niedzielę oddają we władanie próg, miech, palenisko. I niech sobie te stworzenia nawet robią w ten czas karuzelę z wiertarki Kronenbluma i przebieraną potańcówkę na kowadle.

 

Jędrzej wyciągnął szczypcami z paleniska niedokończoną jeszcze wielką podkowę i położył ją na kowadle. Młot zawiesił w powietrzu. Nie uderzał, tylko patrzył na Maćka oczekując odpowiedzi, którą też niezwłocznie otrzymał.

 

         Toż ta podkowa jest zimowa!

         Widzę otwory na hacele!

 

Teraz z jednego z setek haków w bitych w ścianę kuźni zdjął dziwny przedmiot, który wyglądał jak jakiś żelazny kapeć na kopyto. Nawet Moszek, który dokładnie znał cały towar w sklepie Hersza, w pierwszej chwili nie skojarzył go z żadnym zastosowaniem w okolicach Krystynopola. Lecz zaraz przypomniał sobie swoje ranne przemarsze przez wieś. Wszyscy wyruszali do pracy, na gościńcu było tłoczno a on skupywacz domokrążca szedł między chłopami i za rozmaitymi zwierzętami pociągowymi. Konie i bydło przed pracą jeszcze nie powłóczyło nogami, podnosząc podkute racice z lekkością i wysoko.

 

Jędrzej pochwalił Maćka za pierwszą odpowiedź i zadał następne pytanie.

 

         Widzę, że znasz się na podkowach!

         Lecz tu zagadka inna zgoła!

         Widziałeś taką?

 

 

Maciek nadal był rezolutny. Piękna Kowalowa zwróciła przy tym uwagę na ową pełnię wypowiedzi, bo Maciek opisując sposób poruszania się bydła w sprzężaju pozwolił sobie jednocześnie na bardzo przekonującą gestykulację. 

 

 

A widziałem! Bo to podkowa jest dla woła!

         Gdy dzieckiem był mój dziad Wincenty

         z wołami musiał robić zakręty

         gdy doszły już do skraju pola.

         Bo tego nie umiały woły!

         Wicek szedł przy łbie lewego woła.

         krótkim powrózkiem złączony z nim!

         prawdzie wół orał ale i śnił.

         Zawracał je na skraju pola

         by nie szły w las! Lecz w stronę wsi!

         Za sochą szedł pradziadek Tadek.

         Gdy łan dochodził do stodoły

         Wicuś zawracał śpiące woły

         by teraz orka szła na las!

         I na pamiątkę po bydlętach

         wola podkowa jest przypięta

         u nas w oborze, a w jej nadprożu

        są jeszcze dziury po krowich zębach!

 

 

Skąd temat wołów? Mistrz Jędrzej zawsze przemawiał do swoich uczniów prostymi słowami! Piękna Kowalowa już wielokrotnie była świadkiem badania predyspozycji kandydatów na czeladnika. Wół w świadomości i w zamyśle nauczycielskim Jędrzeja utożsamiał wysiłek i monotonię pracy kowala. Ta wola podkowa, choć od końskiej lżejsza, miała już teraz uzmysłowić przyszłemu czeladnikowi nieustanną harówkę cały dzień, a nawet, jak przyjdą żniwa, i w głębokiej nocy w świetle lampy naftowej. Ponieważ także Moszek był już pewny, czyja to podkowa, więc i on mógł pochwalić trafną odpowiedź Maćka.  

 

            Nu! I na wolich zna się nie zgorzej!

 

 Stało się jasne, że Maciek rozwiąże każdą następną zagadkę Jędrzeja. Dlatego Szczepan postanowił przejść do sedna sprawy.

 

 

          Rzekłeś Jędrzeju, będzie rok temu,

         że myślisz wybrać czeladnika.

         I że mój Maciej –- pokaż Macieju

         – Silny jest w rękach –

         bierz mego smyka na czeladnika!

 

 

Jędrzej z powrotem zawiesił wolą podkowę, która niemal zanikła wśród setek narzędzi i półwytworów pokrywających ścianę kuźni.

 

         No tak pamiętam. Różnie jest w kuźni.

         Roboty dla trzech, gdy przyjdą żniwa!

         Byli ojcowi tu z dziećmi – różni.

         To prawda muszę niedługo wybrać!

         Kuźnia przestronna, miejsca dużo.

         Chłopak nie musi przez rok zamiatać

         tak jak u krawca albo czapnika!

         Potrzebne jest mi drugie kowadło

         jeśli mam przyjąć czeladnika!       

 

Jędrzej i jego Piękna nigdy ze sobą nie rozmawiali o tym, kim miałby być czeladnik w ich gospodarstwie. Własnych synów jak dotąd nie mieli, jedynie trochę córek. A i porównanie dwunastoletniego młodzieńca pracującego dwudziestofuntowym młotem do dziecka nie jest trafne, i mogłoby przeszkodzić zarówno Kowalowej jak i jej mężowi we właściwej ocenie sytuacji.  Wiec kim ma być dla nich czeladnik? Ale Jędrzej teraz o tym ani myślał skupiony na badaniu Maćka i negocjacjach ze Szczepanem. 

 

Bezsłowne przeczucie jest słodką odpowiedzią na to pytanie – poczuła Piękna Kowalowa. Przecież czeladnik będzie spać w alkierzu, a nie na żerdziach w oborze jak jakiś parobek do pasania bydła, który odżywi się piskorzem z rowu na pastwisku albo lebiodą. Czeladnik musi być dobrze odżywiony. Zawsze dostanie takie same porcje jak Jędrzej! A jak będzie ciężej pracować to naleję mu więcej krupniku niż mężowi!!! I czeladnik musi się dobrze wymodlić o świcie do świętego obrazu na ścianie alkierza a nie do pajęczyny w rogu obory albo do zaślinionego pyska Cieluszki.        

 

Tymczasem Szczepan był strapiony warunkiem, który postawił majster. 

           

         Kowadła ni mom!         

         Tak umyśliłeś sprawę Jędrzeju,

         że ci czeladnik przyjdzie z kowadłem?

 

 

Mówił to nieśmiało, mając przy tym pełną świadomość, co za chwilę usłyszy od Jedrzeja. No i tak usłyszał.

 

 

        Jak pomagają komu przy żniwach

         to i przychodzą doń z własną kosą!

 

Tato, ja bardzo chcę być kowalem! – zgadnij czytelniku, Gościu Muzeum, kto to teraz powiedział. 

 

– To siermiężne i staroświeckie argumenty – pomyślał Moszek ale nie zamierzał wdawać się w spor z chłopami. Człowiek to człowiek! Moszkowi przyszły na myśl słowa jego rabina. Menachem Mendel przez uchylone drzwi albo pewniej z chmury nad sztetł (a kto patrzy z chmury nad miasteczkiem dobrze widzi i okoliczne wsie), myślał o współpracy rzetelnej miedzy chłopami, ale na nowo przeliczonej. Kto przychodzi z własną siekierą ale wcześniej ostrzy ją przez siedem godzin, a potem przez godzinę ścina drzewa, powinien mieć zapłacone i za czas przygotowania własnych narzędzi i za czas pracy tym narzędziem. Nawet Pięknej Kowalowej spodobała się myśl, aby Maciek umiejętności kowalskie zdobywał na własnym kowadle.

 

Ani na chwilę nie przerywając negocjacji Jędrzej chciał pokazać Maćkowi i jego ojcu całą wspaniałość, a nawet ponadczasowość ciosmanskiej kuźni. Najpierw Jędrzej wszystkich ujął tym, ze to właśnie nie Maćka, ale własną żonę poprosił, aby jakiś czas dymała miechem. Tymczasem on sam zmieniał co chwilę stanowiska ukazując zebranym całą różnorodność narzędzi i prac kuziennych. Przy pionowym imadle przymocowanym do warsztatu, obrabiał kawałek blachy używając cienkiej piłki i pilnika. Chyba wycinał tasak z sylwetą lisa. Za chwilę, już na gorąco, wykuwał z pręta gwóźdź mostowy. Był tak długi i gruby, iż nawet domokrążca Moszek przestał wierzyć, że znajdzie kiedyś nad rzeką takie gwoździsko, cokolwiek zgięte i niepotrzebne. W sklepie Hersza nigdy nie widział tak wielkich gwoździ, a sto wiorst na północ i sto wiorst na południe od Krystynopola nie było na Wiśle żadnego mostu – to i trudno powiedzieć dla kogo Jędrzej robił te gwoździe. Stal rozgrzewała się w palenisku, może ze dwadzieścia uderzeń i za chwilę rzecz coraz bardziej podobna do gwoździa gwałtownie chłodzona wodą w drewnianym cebrzyku syczała z rozkoszy.

  

Wreszcie Jędrzej sięgnął po kosę zatkniętą w drucianą obejmę w ścianie. Pokazał wszystkim wybity na piętce znak słowny KOŚCIUSZKO i po trzech rozgrzaniach przebił ją na sztorc. Słysząc przekuwania kos zbiegli się do kuźni wszyscy chłopi z kolejki na gościńcu, z początku niezorientowani, a zaraz potem gotowi na wszystko. Tak, że w tej wspólnej gromadzie przez dłuższą chwilę zrobiło się gorąco i milcząco. Choć w kuźni nie było drzewca, zbrojenia ich wioskowego kowala na wszystkich zrobiły piorunujące wrażenie. Maciek, Szczepan a za nimi polscy chłopi zdjęli nakrycia głowy. Oczy Pięknej Kowalowej, zazwyczaj obojętnej na możliwości Jędrzeja, aż zaświeciły się z podziwu na tą demonstrację patriotyzmu męża. Chłopi wrócili do wozów dopiero wtedy gdy zorientowali się, że Jędrzej z powrotem zaczął przekuwać piętkę kosy do pierwotnej pozycji.

 

Jednak spotkanie w sprawie przyszłości Maćka trwało nadal. Po prezentacji kunsztu kowala i chłopskiej woli przyszła kolej na koncept Moszka. Zwrócił się więc najpierw do Macka, a potem już mówił do wszystkich.

 

 

         Nie dziwię ci się Maćku wcale!

         Nu ja tu widzę –- zakuta sprawa!

         Na taką sprawę mam kuty łeb!

         W miasteczku dwie godziny stąd

         Hersz, wuj mój, ma dobry sklep.

         A dobry sklep to sklep żelazny!

         Tam dwa kowadła się znajdują

         Jedno w zasadzie pracuje na ladzie

         drugie od lat wciąż leniuchuje.

         Na tym na ladzie to żona Sura,

            która od lat Hersza wspiera

         gdy chłopów tłum na sklep napiera,

         że aż Herszowi dech zapiera.

         Gdy już chce kupiec wstrzymać sprzedaż

         Wyprosić chłopstwo na plac rynkowy

         To słyszy słowa białogłowy.

         Sura do męża – rady nie dasz?

         To ja tu z naszym Pinią w brzuszku

         młotek, przecinak – trzask łańcuszku!

         Sura na ladzie łańcuch kładzie

         Na kowadle, no i odcina łokci pięć

         by na łańcuchu był każdy pies!

         Bo każdy Burek przegryzie sznurek!

         Za nie trzymanie psa na uwięzi

         można w areszcie aż trzy dni spędzić!

         jeśli pogryzie listonosza

         to zlicytują gospodarstwo!

         Dlatego pan policjant radzi

         by nie czekając ani chwili

         u wuja mocny łańcuch nabyli!

 

           

Szczepan, którego posterunkowy dawno już nie odwiedził, wiedział o bezwzględnym nakazie trzymania psów gospodarskich na uwięzi. Skad Moszek wziął w wierszu akurat pięć łokci? Wiec Szczepan spytał:

 

 

         Nu! A jeśli wezmą łokci dziesięć

         bardzo kochając swego psa?

 

 Odpowiedź Moszka była bardzo zachęcająca, bo mogła dotyczyć również ceny kowadła.

 

         To po miasteczku już wieść niesie

         że wuj takiemu i rabat da!       

 

Słoneczne, choć wietrzne przedpołudnie zawładnęło gminą Krystynopol. Cztery kłębiaste białe chmurki jak wapienny pył spod bryczki Abrama pędziły po niebie z zachodu znad Wisły. 

 

Hersz odtworzył sklep żelazny już kilka godzin temu. Lecz dopiero teraz … zdecydował się wynieść trochę towaru na dwór, by przyciągał ludzi i nowościami kluł w oczy siedmiu innych kupców żelaźniaków w Krystynopolu. Jako pierwszą wynieśli z Abramem wannę wiedeńską z blachy ocynkowanej.

 

Teraz przenieśmy się już do kuźni Jędrzeja we wsi Roztocze. Dotarli tam już Szczepan – gospodarz z Wyżyny, jego dwunastoletni syn Maciej i towarzyszący im Moszek, domokrążca z Krystynopola. W kuźni zastali kowala Jędrzeja i Piękną Kowalową.

 

Jędrzej wyciągnął szczypcami z paleniska niedokończoną jeszcze wielką podkowę i położył ją na kowadle. Młot zawiesił w powietrzu. Nie uderzał, tylko patrzył na Maćka oczekując odpowiedzi, którą też niezwłocznie otrzymał.

         Toż ta podkowa jest zimowa!

         Widzę otwory na hacele!

 

Fot. 1-4. K. Wasilczyk, 2014-2019.

 

 

Odc. 12

 

W ciosmańskiej kuźni przed mistrzem Jędrzejem Maciek zdał celująco egzamin teoretyczny. Zwłaszcza natychmiastowe rozpoznanie wolej podkowy wzbudziło powszechne uznanie wszystkich, którzy tego przedpołudnia uczestniczyli w negocjowaniu warunków praktyki czeladniczej zdolnego dwunastolatka z Wyżyny.

Część praktyczna egzaminu została pominięta z dwóch powodów. Po pierwsze mistrz Jędrzej od kilku godzin nie wypuszczał młota z ręki popisując się przed wszystkimi rozmaitymi pracami. Byliśmy świadkami, jak przekuwając kosę na sztorc ściągnął z gościńca do kuźni całą gromadę polskich chłopów oczekujących w kolejce na gościńcu, licznie umówionych tego przedpołudnia na naprawy pługów, wyginanie prętów na korby studzienne, rozmaite reperacje i podkucie koni. Po drugie egzaminu praktycznego zgodnie zaniechano po tym jak Piękna Kowalowa stwierdziła, iż Maciek ma już posturę młodzieńca. Radziła przy tym ojcu.

– Na Wyżynie nie ma remizy i teatru, więc może Szczepan porozmawia ze strażakami z Krystynopola. Za miesiąc premiera „Sagi o Józku Drzewieniu”, jest tam jeszcze kilka ciekawych ról, niekoniecznie tych kobiecych, granych przez sikawkowych z powodu protestu krystynopolskich niewiast, od dawna zajętych poważniejszymi sprawami niż codzienne próby i granie gadających bab przed całym miasteczkiem.

– Czeladnik aktorem! Może tak być! Może tak być! – wtrącił się Moszek. Ale tylko po to aby sprawy skierować na poważniejsze tory.

– Lecz nasz czeladnik musi przyjść z własnym kowadłem! Tu zwrócił się do właściciela kuźni.

– Tak umyśliłeś sprawę Jędrzeju! Szanowna Pani Kowalowa! Kowadło to nie wąs albo broda z lnu dla aktora na scenie w krystynopolskiej remizie! Kowadło to ciężki problem!

Szczepan był bezradny. Każdy rzemieślnik, nawet piekarz albo czapnik, a nawet i taki chłop co miał w gospodarstwie tylko samorodne meble, widły i radło, wiedział, że spośród wszystkich narzędzi właśnie kowadło jest najdroższe.            

           

          Maćku, kochany synu mój!

         Cenę kowadła dobrze znam!

         U Herszka to najdroższy towar,

         droższy niż wanna albo pług.

         Wspomóż nas Bóg!

         Takich pieniędzy to ja ni mom!

         nawet po żniwach!

 

            W kuźni zaległa cisza przez chwilę cisza. Zza miecha wychyliła się rudoczarna mysz kuzienna, zapewne sądząc, iż nadeszła niedziela. Rzeczywiście, dla wszystkich nastał czas oczekiwania na jakiś cud, wypatrywania sprawcy cudu, wsłuchiwania się w ciszę wpadającą z każdej strony do kuźni. Nikt jednak nie słyszał muzyki nowego kowadła. Tylko Maciek jeszcze raz prosił i obiecywał Ojcu.

 

         – Tato, ja bardzo chcę być kowalem!?

 

         Nadzieja była już ciężko ranna i bitwa o terminowanie Maćka w ciosmańskiej kuźni wydawała się ostatecznie przegrana. Lecz w tym momencie wszyscy spostrzegli jak Moszek, niby jaki Berek Joselewicz pod Kockiem, przejmuje dowodzenie. Oparty o swoją skrzynię domokrążcy, wyciągał z niej broń, amunicję, bandaże a przede wszystkim nieznane nikomu cudowne i przemyślane plany. Szczepanowy sad, córki Jędrzeja, modlitwa o zwycięstwo, a nawet żelazko wprowadzone do bitwy we właściwym momencie uczyniło z niespożytego piechura wielkopolnym generałem. Wytaczał kolejne armaty i grał na trąbce podrywając do ataku raz to lewe, raz prawe skrzydło. Tymczasem w kuźni zrobiło się ciemno, jak w pokoju zagadek. Było tu jedynie maleńkie okienko od strony cerkwi, które teraz gwałtownie poszarzało, gdy pierwszy raz tego przedpołudnia słońce zaszło sobie za chmurę. Jędrzej nie podsycał dalej ognia w palenisku, oparł młot na kowadle i zaczął uważnie przysłuchiwać się kampanii jedynego generała w armii domokrążców. Moszek wystąpił do swoich żołnierzy z wezwaniem. Każdą z trzech kolejnych zwrotek apelu skierował do poszczególnych członków rodziny Szczepana, honorując nawet żonę Mariannę. Marianna wprawdzie nie uczestniczyła w wyprawie na drugą wieś do kuźni Jędrzeja, ale w tych godzinach kilka wiorst na zachód na ławie przy piecu szczepanowej chałupy gościła dziada proszalnego. Dziad reperował postoły i co chwila modlił się żarliwie, błogosławiąc ręką wnętrze izby, a to kądziel, a to naczynia i łóżko, a to obrazy święte. W izbie były dwa łóżka, w jednym  sypiała Marianna, w drugim, pod wielkim obrazem „Chrystus z Otwartym Sercem” Maciek od urodzenia sypiał z ojcem.  

         Teraz dziad proszalny i Marianna modlili sie na Wyżynie a w kuźni Jędrzeja Moszek przedstawiał swój plan.            

 

          Nie dziwię ci się Maćku wcale.

         Jędrzej to same córki ma!

         jeżeli uczeń dogoni majstra

         majster najmłodszą córkę mu da!

        

         Pamiętasz Szczepciu! Abram –- mój brat

         chciał wydzierżawić twój piękny sad!

         Mieszkałby w sadzie, modlił się za was!

         Ni poniósł byś tak wielkich strat!

 

         Mógłbyś żelazko pożyczać od Chany!

         A twoja żona prasować z nią!

         Sad to nie owoc, lecz czas nam dany!

         Nie ma owoców lecz sady są!

 

            Kowalową trochę zabolało to rychłe swatanie Moszka z jej córkami. Tym bardziej, że weselna przygrywka moszkowej kapeli nijak się miała do sprawy zaopatrzenia Maćka-czeladnika w kowadło. Więc Piękna natychmiast wymyśliła i wypowiedziała coś pozornie bez znaczenia.  

 

         Oj gadasz Moszku coś od rzeczy!

         I rzadko cię rozumie kto!

         Drugi raz muszę ci zaprzeczyć,

         że w kuźniach kury białe są!

 

            Woluta musiała być trafna ponieważ odniosła natychmiastowy skutek. Moszek zamierzał raz jeszcze powtórzyć zebranym ostatnią zwrotkę „o sadzie, owocach i czasie” ale zrezygnował. Teraz więc bezzwłocznie przeszedł do przedstawiania Szczepanowi pierwszych szczegółów możliwej transakcji.

 

         Chodźmy do wuja. Hersz, wuj mój

         da ci kowadło. Abram, mój brat

         dzierżawić będzie twój piękny sad!

         Sad za kowadło! Na wiele lat!

 

            Co znaczy wiele? – niecierpliwie dopytywała się Piękna Kowalowa czując wreszcie na karku piekący żar konkretów. 

 

         To już szczegóły. Aż wesele

         będzie miał Maciek z córką waszą.

         A potem jeszcze dwanaście lat!

        Świetne kowadło! Żadnych strat!

 

            Jędrzej zupełnie obojętny wobec swatania jego córek zainteresował się podstawami transakcji.

         – Te byłyby zupełnie proste, gdyby to Hersz dzierżawił sad Szczepana. Ale Hersz nie mógł przeprowadzić się z rodziną od wiosny do jesieni do sadu na Wyżynie, mieszkać i modlić się wśród śliw i jabłoni, ponieważ Hersz prowadził w Krystynopolu wzięty sklep żelazny. Nawet jeżeli w tym miasteczku było jeszcze siedem innych sklepów żelaznych, które pod nieobecność Hersza zdołały by jakimś cudem obsłużyć wszystkich okolicznych chłopów, przecież Hersz nie jest dzierżawcą-sadownikiem ale kupcem żelaźniakiem. Sadownikiem jest Abram.

         Jędrzej miał mgliste pojęcie o interesach Abrama. Spytał więc Moszka. 

        

            – Jak się rozliczą Abram i Hersz?

 

          Zanim odpowiem ci Jędrzeju na to pytanie, jedno chcę tu dodać. Otóż żadne z was nie zna najważniejszego powodu, dla którego Hersz nie zamknie sklepu choćby na jeden dzień. Ten powód to Lejb, rówieśnik twojego Maćka, Szczepanie. Syn mojego kuzyna. Zna go pewnie i Maciek, bo obaj przesiadują u Hersza w sklepie żelaznym. Szczepan może być dumny z Maćka, ale i Moszek miał okazję przekonać się, że rodzice Lejbka mogą być dumni z syna. Miasteczko czy wieś – dla każdego młodego obywatela naszej Odrodzonej Polski – tu Moszek ponownie wszedł na  równie wysokie nuty, gdy mówił o owocach i sadzie – rodzice powinni znaleźć fach i zajęcie. Rolnik, kowal, fryzjer czy kupiec żelazny, agentka pocztowa albo akuszerka w miasteczku. Najszczęśliwiej się wszystko układa, gdy taki prawie młodzieniec sam wie co chce w życiu robić. I gdy rozumie, że będzie musiał robić albo coś lepiej, albo trochę inaczej niż ci, w których wlepiał oczy w dzieciństwie podpatrując i podziwiając ich pracę. Rolnik to musi mieć teraz z każdej morgi taki plon jak dziedzic albo i większy. Kowal to musi umieć zrobić balustradę albo wykuć krzyż, bo dzisiejsza kolejka chłopów przed kuźnią Jędrzeja to może już ostatnia taka kawalkada wozów i koni w naszym kraju. Teraz posłuchajcie o Lejbku.

 

Moszek szeptał z Rachelą. Czy śpi już Lejb?

Troska złączyła Rachelę z mężem

o dobro dzieci. Nasz Lejb! Czy tu w sztetł

znajdzie na całe życie zajęcie?

 

Nasz wuj ma w rynku żelazny sklep.

Tam często przesiaduje Lejb!

Lecz czy poznaje kupiecki fach

gapiąc się w twarze chłopów i bab?

 

Wuj sto garnków ma dla bab – i wiele rad!

Słucha to Lejb? Już zna? Czy wie? Czy tylko zgadł?

Ot! Który to sagan ma większą pojemność?

Szesnastka – czy z numerem sześć?

 

Wtem z łóżka dzieci dobiegł Lejbka głos

– Szóstka dwanaście litrów będzie mieć,

numer szesnaście litrów ledwie pięć! 

Nie martw się tato o mój los!

 

Nie tylko Szczepan ale i setki rodziców w Krystynopolu i w okolicznych wsiach miało podobne zmartwienie o przyszłość dzieci. Choć na rynku w miasteczku  prawdziwy, no bardzo prawdziwy Polak, krzyczał – Idziemy za Olzę! Idziemy za Olzę! – nikt w miasteczku, ani rabin, ani burmistrz, ani ostrożny nosiwoda nie znał nawet najbliższej przyszłości. Moszek pocieszał ale i od razu pokazywał przykłady szczęśliwych rozwiązań. A to że Hanna wyszła za właściciela piwiarni i teraz jest kucharką, a to Rozenblum wystarał się córce brazylijski paszport i już naszym „Piłsudzkim” ósmy dzień bardzo szczęśliwie i przezornie płynie do Ameryki i właśnie przekroczyła równik. Po chwili Jędrzej jeszcze raz powtórzył. 

 

Jak się rozliczą Abram i Hersz?

 

Moszek tłumaczył zwięźle wizję a potem szczegóły transakcji. Tymczasem słońce wyszło zza chmury. Promienie słoneczne odbite od lipowych liści wpadało przez okienko i w kuźni znów zrobiło się jaśniej. 

 

Nie nasza sprawa. Ale ci powiem o tym wiersz!

Jest Warszawa. Jest Abram i Hersz!

I taka Wisła. Po prostu jest!

Abram śle owoc parostatkiem

z naszej przystani w Józefowie!

 

– W Józefowie? – zdziwił się Jędrzej.

 

– Dawno, dawno temu nad Wisłą między Zawichostem a Stężycą były dwa miasteczka o nazwie Józefów. Jozefów Dolny i Józefów Górny. – wyjaśniał Moszek – To było jeszcze przed wprowadzeniem parostatków. Jeżeli kapitan takiej galary nie znał wszystkich Żydów w obu miasteczkach, to towar nadany w Warszawie często mylił adresata. I w naszym Józefowie kobiety nie mogły kupić miedzianych garnków, a właściciele domów mosiężnych klamek. W połowie wieku zmieniono więc nazwę naszego Józefowa na Krystynopol. Przecież niejedno miasteczko miedzy Wisłą a Bugiem zmieniło już nazwę, bo albo mieszkańcy uważali, że jest niepolska albo ludzie naśmiewali się z nazwy miasteczka i z ich mieszkańców, zwanych dla przykładu łysobyczaninami. Więc Nowa Aleksandria stała się Puławami a Łysobyki przeistoczyły się w Jeziorzany.      

 

W drogę powrotną –- bez kosztów żadnych

tam załadują zamki i klamki,

rygle, karnisze na firanki.

Towar popłynie raźno po prąd!

A z Józefowa wozem w dwa konie

Abram dowiezie Herszowi towar!

Bez kosztów żadnych towar ładny!

Klamki i zamki, rygle!

No, i karnisze na firanki!

 

Teraz już i Piękna Kowalowa rozpytywała Moszka o szczegóły transakcji. Przedmiotem jej dociekań stała się kwestia całkowitej bezinteresowności domokrążcy.

 

         A co ty z tego będziesz miał?

 

         Moszek uniósł ramiona ku niebu. Początek odmówił w nadzwyczajnym skupieniu, kończył już całkowicie frywolnie.   

 

Ja powiem tylko – Bóg tak chciał!

Szczepan, wuj, Herszek i kowal Jędrzej.

Za was – będę żarliwie modlił się w szabas!

A jeśli Chana do sagana

lepsze kawałki włoży z rana!

Skąd w naszych guglach wzięły się?

Nie będę o to pytał Pana!

 

 Choć Piękna Kowalowa nie wyglądała starzej od swoich trzech córek każda gospodyni chrześcijanka w jej wieku wiedziała co niosą Żydzi w piątkowe przedpołudnie do swoich domów z miasteczkowych piekarni. Ci których nie stać było na rozpalenie w piecach chlebowych, albo pieców ani dochówek w swoich mieszkaniach nie posiadali, bo domy przy rynku po miasteczkach były wąskie jak biodra Rywki, nosili do piekarni gugle sprawione w żeliwnym emaliowanym saganie. Bywało, że piekarz, który po nocy powinien trochę sobie odespać, całe przedpołudnie doglądał w piecu chlebowym kilkadziesiąt takich saganów. A gugle, ziemniaki tarte albo drobno krojone, tak też sprawiona cebula i kawałek wołowiny, z kością. Katoliccy sąsiedzi zazdrościli tego kawałeczka mięsa co tydzień. Mało kto wiedział, że aby zjeść takie pyszności z szabasowego piekarnika, to większość miasteczkowych Żydów musiała oszczędzać, żeby nie powiedzieć – nie dojadać, przez pozostałe sześć dni tygodnia. Powiadam wam, takie rzeczy to dobrze widać tylko z chmury nad sztetł.    

 

… egzaminu praktycznego zgodnie zaniechano po tym jak Piękna Kowalowa stwierdziła, iż Maciek ma już posturę młodzieńca. Wydarzenie muzealne „Sianokosy” 2018 r.

 

Za miesiąc premiera „Sagi o Józku Drzewieniu”, jest tam jeszcze kilka ciekawych ról, niekoniecznie tych kobiecych …  Wydarzenie muzealne „Niedziela z lnem”, spektakl „Krupnik przesolony”, 2017 r.     

 

Tak umyśliłeś sprawę Jędrzeju! Szanowna Pani Kowalowa! Kowadło to nie wąs albo broda z lnu dla aktora w remizie! Wydarzenie muzealne „Niedziela z lnem”, spektakl „Krupnik przesolony”, 2018 r.     

 

Kowadło to ciężki problem! 

 

Gdy nadzieja była ciężko ranna i bitwa o terminowanie Maćka w ciosmańskiej kuźni wydawała się ostatecznie przegrana, wszyscy zobaczyli jak Moszek, niby jaki Berek Joselewicz pod Kockiem, przejmuje dowodzenie. Wydarzenie muzealne „Sianokosy” 2018 r.

 

We wsi Wyżyna, kilka wiorst na zachód od Roztocza, na ławie przy piecu szczepanowej chałupy Marianna gościła dziada proszalnego. Wydarzenie muzealne „Niedziela z lnem”, spektakl „Krupnik przesolony”, 2017 r.         

 

Pamiętasz Szczepciu! Abram –- mój brat

 chciał wydzierżawić twój piękny sad!

Mieszkałby w sadzie, modlił się za was!

Nie poniósł byś tak wielkich strat!

 

Mógłbyś żelazko pożyczać od Chany!

A twoja żona prasować z nią!

Sad to nie owoc, lecz czas nam dany!

Nie ma owoców lecz sady są!

 

Ale Hersz nie mógł przeprowadzić się z rodziną od wiosny do jesieni do sadu na Wyżynie, ponieważ prowadził w Krystynopolu wzięty sklep żelazny.

 

Miasteczko, dwór, czy wieś – dla każdego młodego obywatela naszej Odrodzonej Polski – tu Moszek ponownie wszedł na równie wysokie nuty, gdy mówił o owocach i sadzie – rodzice powinny znaleźć fach i zajęcie. Rolnik, kowal, fryzjer, kupiec żelazny albo agentka pocztowa czy choćby akuszerka. Zbiory MWL.

 

Nasz wuj ma w rynku żelazny sklep.

Tam często przesiaduje Lejb!

Lecz czy poznaje kupiecki fach

gapiąc się w twarze chłopów i bab?

 

…troska złączyła Rachelę z mężem

o dobro dzieci. Nasz Lejb! Czy tu w sztetł

znajdzie na całe życie zajęcie?

 

Wydarzenie muzealne „Poznaj i uszanuj codzienność innych”, 2009 r.

 

 

Wuj sto garnków ma dla bab – i wiele rad!

Słucha to Lejb? Już zna? Czy wie? Czy tylko zgadł?

Ot! Który to sagan ma większą pojemność?

Szesnastka – czy z numerem sześć?

 

Wtem z łóżka dzieci dobiegł Lejbka głos

– Szóstka dwanaście litrów będzie mieć,

numer szesnaście litrów ledwie pięć! 

Nie martw się tato o mój los!

 

 

W drogę powrotną –- bez kosztów żadnych

tam załadują zamki i klamki

Rygle, karnisze na firanki.

Towar popłynie raźno po prąd!

 

Reprod. z: Katalog. Inż. K. Dobrowolski i F. Huskowski, Warszawa, ok. 1928 r.

 

Choć Piękna Kowalowa nie wyglądała starzej od swoich trzech córek, każdy katolik w jej wieku wiedział co niosą Żydzi w piątkowe przedpołudnie do swoich domów z miasteczkowych piekarni.

Sektor Powiśle. Wydarzenie muzealne „Poznaj i uszanuj codzienność innych”, 2009 r.

 

Fot. Krzysztof Wasilczyk, 2014-2019.

 

 

 

Odc. 13

 

Przed chwilą Moszek nakreślił plan zdobycia kowadła dla Maćka-czeladnika. Jednak dotyczył on uczestnictwa aż trzech osób w rzetelnie wiązanej transakcji, z których aż dwie osoby nie znały jeszcze jego pomysłu, a przynajmniej były nieobecne w kuźni. Otóż Hersz, właściciel sklepu żelaznego w Krystynopolu, ma dać kowadło Szczepanowi. W zamian Abram dzierżawić będzie jego piękny chłopski sad na Wyżynie. Należało dotrzeć jak najszybciej do Hersza i Abrama, upewnić się, że sprawa jest w rzeczywistości tak samo prosta jak ją przedstawił Moszek. Szczepan był skłonny oddać sad za kowadło, jeżeli Hersz i Abram nie postawią dodatkowych warunków.

Tymczasem Piękna Kowalowa bała się, że za chwilę Szczepan z synem udadzą się w powrotną drogę do swojej wsi, na Wyżynę. Przelękła się, że dopiero przy najbliższej okazji, a taką mógł być najwcześniej cotygodniowy czwartkowy targ w miasteczku Krystynopol, będą próbowali załatwić sprawę z Herszem i Abramem. Albo, że Szczepan i Marianna parę dni poczekają, aż ich pół dzikie kury zniosą trochę jaj i Moszek znów zajrzy do zagrody. Dopiero wtedy powierzą mu załatwienie spraw z Herszem i Abramem.

Jedynie Moszek wierzył, że umowa jest już gotowa. Spisana ale i przedstawiona w formie rysunku, specjalnie dla wyobrażenia korzyści niepiśmiennej Mariannie, która z całej rodziny Szczepana najbardziej była związana z sadem. Co roku suszyła korzec gruszek a w sadku pasła gęsi. Takie umowy nie tylko błyskawicznie rysowano w chmurach nad sztetł, ale także potrafiły być zmienne jak pogoda w Krystynopolu. Piękna Kowalowa wiele sobie wyobrażała – Maciek mógłby już zagrać rolę  jej męża w „Sadze o Józku Drzewieniu”. I to Piękna pierwsza wskazała na nieuchronność natychmiastowej wspólnej wyprawy do sklepu żelaznego Hersza Libhabera w Krystynopolu.  

 

Pójdę dziś z wami do miasteczka!

Wiem z opowieści mego dziada

– Kowadło, co nie pracowało

Najpiękniej gra, najpiękniej gada!

Gładkie i śniade!

Młot Maćka da mu z pewnością radę!

 

A wiec wyprawa do miasteczka! Najpierw dwanaście wiorst piaszczystym gościńcem, a potem jeszcze pięć szosą klinkierową, skąd już coraz lepiej widać kościół w Krystynopolu. Moszek tylko czekał, aż ktoś z zebranych wskaże konieczność wędrówki. 

 

Hersz potwierdzić to musi w sklepie!

Abram potwierdzić to musi w sklepie!

Lecz przyjść z pomysłem

– lub bez pomysłu?

Nu, jak jest lepiej? 

 

Lepiej z pomysłem niż z pustą głową! – odezwał się Maciek, uradowany takim rozpędem spraw. Wyszli przed kuźnię. Niezadowoleni chłopi właśnie rozjeżdżali się do swoich gospodarstw. Sznur wozów na gościńcu był już teraz porozrywany – od cerkwi aż po kapliczkę Nepomuka na drugim krańcu wsi. Niejeden koń teraz dostał batem, albo nasłuchał się chachłackich przekleństw, bo niejeden chłop wściekał się, że znów dał się nabrać Jędrzejowi. Co za głupota! Dać się umówić na załatwienie pilnych spraw w kuźni właśnie w takim dniu, gdy kowal przez wiele godzin umawiał sobie czeladnika.

Oczywiście Jędrzej odmówił uczestnictwa w wyprawie do miasteczka, tłumacząc to nawałem pracy. Żelaźniaka Hersza specjalnie nie lubił za te sztuczki, umizgi i wierszydła przy sprzedaży nieustannie kierowane do bab i chłopów. A sam żelazo kowalne do kuźni od lat kupował w innym sklepie żelaznym po drugiej stronie rynku w Krystynopolu. 

Szczepan, Maciek i Kowalowa zdjęli buty i przełożyli je przez ramie. Moszek miał już obuwie tak znoszone, że prędzej buty z cholewami rozleciałyby mu się przy ciągłym zdejmowaniu i wkładaniu, niż na nogach na kolejnych wiorstach roztoczańskiego gościńca. Teraz przełożył przez oba ramiona parciane szelki skrzyni domokrążcy, której nie omieszkał głośno wychwalać przed towarzyszami rozpoczynającej się wędrówki.

 

Nu, to już pójdę do miasteczka

ze swoją skrzynią.

A w skrzyni złom!

Słoma, ziemniaki a w słomie jajka.

Sprzedam to wszystko w swoim miasteczku.

Tam złom skupuje wuj mój Hersz!

Tam Pinkus ma zbiornicę jaj!

Stąd jajka do Londynu płyną!

Taki gentelman znad jajeczka

chwali te nasze ciupkie  miasteczka,

Żydów-zbieraczy i plon ich pracy.

A teraz głośno chwalić zaczyna.

Such wonderful bekon z Lublina!

 

Szczepan, jako spółdzielca i rolnik nowoczesny, odstawiał dwie świnie rocznie na spędzie. W Krystynopolu nie było wagi zwierzęcej na targowicy, więc unikał takich handli na oko, jeździł do Siedliszcza aby trzodę sprzedać na porządnej targowicy. A jak odległe od siebie musiały być te dwa miasteczka, skoro w każdym z nich targi odbywały się w tym samym dniu tygodnia, we czwartki. Z Siedliszcza wracał na swoją wieś Wyżynę dopiero w piątek nad ranem, nie omieszkawszy każdorazowo zajrzeć na kilka godzin do piwiarni Jaworskich, co w sumie i tak taniej wypadało niż systematyczna prenumerata gazety. Teraz dopowiedział wszystkim.    

 

 

I ja słyszałem, że w Londynie

są ze wsi naszej smaczne świnie.

W pałacach lordów, także w barach!

Z zakładów mięsnych na Tatarach! 

 

Ruszyli. Piękna boso, ale w combinaison, które ostatecznie postanowiła nosić także w dzień. Czasem koronki wystawały jej spod lnianego fartucha przy gwałtowniejszych ruchach. Przy kapliczce na skraju wsi Roztocze zwolnili, przeżegnali się. Moszek skłonił się aż w środku w skrzyni się przesunęło się pęknięte żelazko. Tych co byli boso, Święty Nepomucen nie kierował do mostku lecz  każdego wziął za rękę i przeprowadził przez piaszczyste dno, a potem jeszcze przez łachę na brzegu strumienia. Brodząc obmyli się trochę przed dalszą drogą. Kowalowa trochę na uboczu ale nie za bardzo, żeby się nie zgubić. Kuzienny pot spłynął do strumienia więc towarzyszące wędrowcom prawie od samej cerkwi gzy i muchy roztoczańskie zawróciły z powrotem do wsi a przy gromadce ochoczo pojawili się nowi lotni przewodnicy.

Gościniec wszedł w las. Na przedzie pochodu szorował Szczepan, okazując tym synowi swoją bezwzględną wolę załatwienia sprawy. Za nim szła Piękna Kowalowa a to równo z Maćkiem. Chłopak słuchał o roli jej i jej scenicznego męża kowala w sztuce „Saga o Józku Drzewieniu”. Ma być wystawiona już za miesiąc w świetlicy w remizie w Krystynopolu. Trwają próby. Kowalowa mówiła Maćkowi o swojej roli. W czwartym akcie opowiada o przeprawie przez Bug, na Wołyń z motykami ich kowalskiej roboty, o spotkaniu z Józkiem Drzewieniem, wreszcie o niezwykłym koncercie na bindudze. Ona śpiewa stojąc na palu po starym moście, a kowal, przecież nie Jędrzej, tylko ten sceniczny mąż – to mógłby być dla przykładu on Maciek – gra na harmonii. Wszyscy – tłum na brzegu oczekujący na promową przeprawę, cieśle budujący nowy most, retmani na tratwach, stada rybitw – wszyscy biją im brawo, a tysiące srebrzystych kopiejek uklejek wyskakuje z sakiewek rzeki i spływa do kapelusza harmonisty.

Na końcu pochodu szedł Moszek, tak by jego skrzynia domokrążcy nie mogła już nikogo uderzyć. Nie chcąc przeszkadzać Pięknej Kowalowej w opowiadaniu o ludowym teatrze mruczał sobie pod nosem.

 

Tylko ziemniaki

zostaną dla nas!

Takie biedaki

nie stać na chleb!

Wszystko co dobre będzie na szabas!

 

Aj! Pójdziemy z Maćkiem do miasteczka,

razem z tobą gościńcem przez las.

Tam Hersz! Tam żelazny sklep!

Kowadło nam muzykę śle!              

 

Po obu stronach drogi pojawiły się akacje. W poszyciu mech i jagody zostały zastąpione przez konwalie, jeżyny i okropne zielsko. To znak, że las już się kończył.   Dalej stary gościniec do Krystynopola biegł przez majątek.

Na prawo aleja lipowa biegła do wielkiego gazonu. Za nim dwukrotnie łamał się dach kryty gontem, bieliły się ściany dworu, a dwie kolumny, jak na musztrze – do przodu wystąp – stały na straży tympanonu z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Po prawej stronie gościńca rozłożył się dworski sad. Śliwy i jabłonie ustawiały się teraz w długie szpalery by za kilka dni wystrzelić kwiecistą biało-różowa salwą. W środku sadu stały resztki drewnianej szopy. Stroma więźba dachowa schodząca niemal do samej ziemi zachowała jeszcze tu i ówdzie trochę poszycia – wiązki sczerniałej słomy dowiązanej do łat.

Z całej gromadki jedynie Hersz wiedział, że to pozostałości dawnej szopy Abrama-sadownika. Abram dzierżawił ten sad przez wiele lat. Niedawno, w lutym, dziedzic przyjął go, jak co roku, we dworze w  kancelarii, ale nie spisali umowy dzierżawnej bo Żydowi grzecznie odmówił.

Abramie! – od tego roku wszystkie sprawy prowadzenia sadu biorę w swoje ręce.

Jednak Szczepan musiał coś słyszeć o tym, że i dziedzic dzierżawił sad. Czy to czasem nie jest szopa sadownika? – odwrócił się do Moszka i zagadnął.

Moszek wiedział, że teraz nie może ujawnić żadnych szczegółów, które podważyłyby sens wynajmu Szczepanowego sadu. Ciekawe czy dziedzic sobie sam poradzi z prowadzeniem sadu, pilnowaniem owoców, tak, aby dziewki ze wsi nie wynosiły jabłek w fałdach spódnic i fartuchów? Czy dziedzic, albo jego zarządca, albo jego ogrodnik, poradzą sobie lepiej niż Żyd z suszeniem jabłek i wędzeniem śliwek? Czy poradzą sobie ze zbytem owoców w Warszawie?

– Więc cicho! Sza! Lepiej o takich wątpliwościach w ogóle nie rozmawiać ze Szczepanem.

Udając, że nie słyszy pytania, Moszek przeczekał. Udało się! Szczepan nie powtórzył pytania, a już po chwili minęli ruiny szopy i teraz szli obok uli stojących w tej części sadu.

– Opowiem wam jeszcze jedną historię, którą wuj mój Abram usłyszał od stróża majątku. Stróż ten, nazwiskiem Unikalski, każdej nocy obchodził dwór i przyległy folwark. Wiele sam widział, a czego nie widział na własne oczy, to nasłuchał się od służby we dworze i parobków na folwarku.

Otóż dziadek obecnego dziedzica miał piękną i młodą żonę Annę. Gościniec tak jak dzisiaj biegł do Krystynopola, a sad od drogi odgradzał niewielki murek z opoki. W sadzie nie było wówczas uli, a duża dworska pasieka, na owe czasy  na wskroś nowoczesna, znajdowała się przy łąkach w dolinie rzeki.

Na skraju sadu stała kamienna figura Matki Boskiej. Kilka kroków dalej były już opłotki wsi i polna droga. Przechodzący nią chłopi żegnali się, albo nawet zatrzymywali przy figurze, choć należała do majątku. Gdy śniegi stopniały i w dworskim ogrodzie były już stale rozmaite kwiaty, Anna każdego ranka zanosiła Niebieskiej Najświętszej Panience bukiety pod stopy. Tam po raz pierwszy ujrzała Pawła, bartnika.

 

Młodzieniec przystanął przy figurze z garncem miodu w rękach. On od strony wsi, a ona stała od strony sadu i dworu z naręczem kwiatów. I natychmiast zgadali się. Wiadomo, on już coś niecoś wiedział o żonie dziedzica, ona dopiero dowiadywała się o nim. Że mieszka na skraju wsi i, że ma pasiekę w lesie – barcie zawieszone na drzewach i prastare ule postawione na wrzosach. Rozmowa była otwarta i serdeczna, jakby nie było między nimi różnic. Najświętsza Panienka słyszała, jak po chwili mówią sobie po imieniu i widziała jak palec Anny zanurza się garncu miodu a spadź strużką spływa z palca do jej ust.

Spotkania z Pawłem stały się coraz częstsze.  Któregoś dnia zabrał ją ze sobą do lasu do pasieki a gdy zaczął padać deszcz oboje schronili się w szopie na narzędzia. W istocie była to maleńka chatka kryta strzechą przeznaczona głównie na rozmaite przybory i deseczki. Sarny często wywracały prastare ule, niedźwiedzie zrywały daszki, więc ule wymagały stale jakichś napraw. Ponieważ ściany uli ocieplano słomą, na glinianej polepie zawsze leżało kilka snopków żyta, tworząc legowisko dla Pawła i jego snów.                

Po jakimś czasie dziewki folwarczne doniosły dziedzicowi o spotkaniach jego żony z bartnikiem pod figurą, i o tym jej nieustannym smakowaniu Pawłowego miodu palcami i dłońmi. A baby, co zbierały jagody w lesie dla dworu, powiedziały kucharce o spotkaniach Pani Anny z bartnikiem w leśnej chatce. Już kilkakrotnie Franciszek sam jeden siadał do obiadu w pokoju jadalnym. Pewnego razu wezwał kucharkę akurat do objaśnienia jakiegoś szczegółu pieczystego. Ta uchyliwszy rąbka tajemnicy o pieczeni i poczęła serdecznie współczuć Panu Dziedzicowi samotnego posiłku. A gdy spostrzegła, że Pan Franciszek jakoś szybko ją nie odprawia, nie omieszkała uchylić drugiej pieczystej tajemnicy – o Pani Dziedziczce.

Franciszek postanowił działać. Gdy 28 maja żona pojechała na występy cyrkowców z Siedmiogrodu na rynku w Krystynopolu, zdjął strzelbę ze ściany kancelarii a z kątowej sekretery pobrał do kieszeni surduta pół tuzina nabojów. Napisał krótki liścik – niby od żony Anny, skropił go jej paryskimi perfumami stojącymi na toaletce w sypialni i kazał pokojówce zanieść kopertę na skraj wsi do Pawła. Sam zaś schował się w sadzie i czekał. Bartnik nie umiał czytać. Ale zaraz  poczuł, że to list od Anny i natychmiast pobiegł pod figurę. Nie było tam jego dziedziczki a gdy zaczął jej szukać w sadzie padł pierwszy strzał, a po nim drugi i trzeci.

A kiedy Pawłowe ule dowiedziały się od pszczół o śmierci ich bartnika wyszły z lasu i zaczęły go szukać. Nocą znalazły go martwego w dworskim sadzie i postanowiły już z nim zostać tam na zawsze pośród śliw i jabłoni. Wybiegły z lasu też wielkie smutne drzewa z barciami na karku, ale dworskie śliwy i jabłonie nie zgodziły się przyjąć takich olbrzymów w sadzie na komorne. Więc olbrzymie sosny  wróciły z barciami do lasu. I chatka też ruszyła na poszukiwania, odnalazła ciało Pawła i też postanowiła zostać w dworskim sadzie. I teraz skrywa je w ziemi pod sobą, jak jaka cerkiewka czy kapliczka albo ohel cadyka.

Tej nocy po powrocie żony podczas strasznej kłótni dziedzic dostał zawału i  Anna została sama na tym świecie! No i taka jest historia tej leśnej pasieki w dworskim sadzie. 

Już w połowie tej Moszkowej opowieści nasza gromadka minęła sad i majątek. Tu gościniec docierał do rządowej szosy. Gładki ciepły klinkier był już z innego świata, pełnego cywilizacyjnych pomysłów.  Utwierdzali się w tym coraz bardziej bo najpierw minął ich szwadron ułanów, a potem dwa lśniące emalią auta, z szoferami ale oba pełne eleganckich kobiet, które zdążyły jeszcze pomachać Kowalowej.

– Łoj, z takiego klinkieru to by dopiero było nowoczesne palenisko w kuźni – zauważył Moszek.

Z klinkierówki widać już było kościół w Krystynopolu.      

 

 

Otóż Hersz, właściciel sklepu żelaznego w Krystynopolu, ma dać kowadło Szczepanowi. W zamian Abram dzierżawić będzie jego piękny chłopski sad na Wyżynie. Należało dotrzeć jak najszybciej do Hersza i Abrama, upewnić się, że sprawa jest w rzeczywistości tak samo prosta jak ją przedstawił Moszek.

 

Niezadowoleni chłopi właśnie rozjeżdżali się do swoich gospodarstw. Sznur wozów na gościńcu był już teraz porozrywany – od cerkwi aż po kapliczkę Nepomuka na drugim krańcu wsi. 

 

Nu, to już pójdę do miasteczka

ze swoją skrzynią.

A w skrzyni złom!

Słoma, ziemniaki a w słomie jajka.

Sprzedam to wszystko w swoim miasteczku.

Tam złom skupuje wuj mój Hersz!

Tam Pinkus ma zbiornicę jaj!

Stąd jajka do Londynu płyną!

Taki gentelman znad jajeczka

chwali te nasze ciupkie  miasteczka,

Żydów-zbieraczy i plon ich pracy.

A teraz głośno chwalić zaczyna.

Such wonderful bekon z Lublina!

 

W Krystynopolu nie było wagi zwierzęcej na targowicy, więc unikał takich handli na oko, jeździł do Siedliszcza aby trzodę sprzedać na porządnej targowicy. Z Siedliszcza wracał na swoją wieś Wyżynę dopiero w piątek nad ranem, nie omieszkawszy każdorazowo zajrzeć na kilka godzin do piwiarni Jaworskich…        

 

Tych co byli boso, Święty Nepomucen nie kierował do mostku lecz  każdego wziął za rękę i przeprowadził przez piaszczyste dno, a potem jeszcze przez łachę na brzegu strumienia.

 

Wszyscy – tłum na brzegu oczekujący na promową przeprawę, cieśle budujący nowy most, retmani na tratwach, stada rybitw – wszyscy biją im brawo, a tysiące srebrzystych kopiejek uklejek wyskakuje z sakiewek rzeki i spływa do kapelusza harmonisty.

 

Na prawo aleja lipowa biegła do wielkiego gazonu. Za nim dwukrotnie łamał się dach kryty gontem, bieliły się ściany dworu, a dwie kolumny, jak na musztrze – do przodu wystąp – stały na straży tympanonu z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej.

Fot. 1-7: K. Wasilczyk 2014-2019.

 

Na skraju sadu stała kamienna figura Matki Boskiej. Kilka kroków dalej były już opłotki wsi i polna droga. Przechodzący nią chłopi żegnali się, albo nawet zatrzymywali przy figurze, choć należała do majątku.

Fot. A. Kukuryka

 

Napisał krótki liścik – niby od żony Anny, skropił go jej paryskimi perfumami stojącymi na toaletce w sypialni i kazał pokojówce zanieść kopertę na skraj wsi do Pawła. Sam zaś schował się w sadzie i czekał.

Fot. K. Wasilczyk 2014-2019.

 

A gdy Pawłowe ule dowiedziały się od pszczół o śmierci ich bartnika wyszły z lasu i zaczęły go szukać. Nocą znalazły go martwego w dworskim sadzie i postanowiły już z nim zostać tam na zawsze pośród śliw i jabłoni.

Fot. przekraczajacgranice.pl

 

 

Odc. 14

 

 

Po prawej stronie szosy klinkierowej stała na kamiennej kolumnie figura Boża Męka. Piękna Kowalowa pierwsza przeszła na drugą stronę drogi i zaraz uklękła przy figurze robiąc przy sobie miejsce dla Maćka. Było już za co dziękować Bogu, za ten dzień i było o co serdecznie prosić Pana Boga, aby dał to jeszcze tego dnia.

 

U podstawy kolumny żelazna balustrada wyznaczała kwadrat kwietnika. Wewnątrz rosły dwa pędy dzikiej róży, ze zruszonej ziemi wschodziły szerokie liście  kwiatów. Gdy ci dwoje wstali po modlitwie Moszek wskazał Maćkowi, że nie kto inny, lecz właśnie kowal wykuł tą balustradę. 

    

Zobacz ile roboty ma teraz kowal!

Wasza figura! Ty wiesz lepiej

 

Ogrodzenie odlano przed laty z żeliwa w pobliskiej fabryce maszyn rolniczych. Teraz w konstrukcji przeżartej już rdzą do szpiku trudno było z odległości kilku metrów rozpoznać stal kowalną od żeliwa. Bez względu na wynik oględzin Moszek poczułby się mocno dotknięty brakiem zaufania, gdyby Szczepan podszedł do krat i zaczął badać żelazo. Dlatego Szczepan podjął inny aspekt. Zaczął wyjaśniać Moszkowi, że takie figury jak ta przy wjeździe do Krystynopola, należą do wszystkich miejscowych i zamiejscowych. 

 

Tak, Boża Męka. Figurę tą stawiają

Dlatego tam, gdzie dużo, dużo ludzi!

Polaków, Żydów i Rusinów

Pracą się trudzi! Lub handluje!

Chce zdrowym być, mieć dobre dzieci!

Chrystus za wszystkich ludzi cierpiał!

Dlatego Moszku Boża Męka!

 

Moszek nie ryzykował. Podszedł do przęseł i palcami wskazał na obejmy łączące poszczególne części ogrodzenia. Faktycznie – musiały być kute. Powszechnie wiadomo było, że kupiec Hersz sprowadzał od samego Kronenbluma, z Końskich, zza Wisły, oprócz różnych typów żelazek i saganów, także żeliwne płotki i balustrady. 

 

Ja tu o innej sprawie zaczął!

O sprawie płota pod figurą!

Stal jest od wuja, z jego sklepu!

Potem kowalska jest robota!

To chciałem Maciejowi wskazać

Jak rozmaite są roboty.

Jak ludzie bardzo różnych wiar

pracują dla jednego Boga. 

Tymczasem minęli już figurę Boża Męka i dalsze wyjaśnianie sprawy, już bez dowodów rzeczowych pod ręką, straciło sens. Wkrótce niemal jednocześnie całej naszej gromadce wyłoniły się wszystkie najznamienitsze budowle w miasteczku Krystynopol. Po chwili mogli także dostrzec i sylwetki ludzkie na prawie każdych schodkach. Z tej odległości każdy taki kupiec i rzemieślnik stojący w drzwiach sklepu, albo warsztatu nosił wielki diademem szyldu. Szczepan poczuł, że i on musi powiedzieć Maćkowi coś bardzo ciepłego, nadającego sens całej tej wyprawie.

 

Już widać kościół i dach ratusza

A pod stopami zaczął się bruk!

W drzwiach sklepu kupcy, jest wczesny wieczór.

Powiedział chyba im sam Bóg,

Że Szczepan z Maćkiem coś kupić muszą.

Kupcy na schodach! Kupcy w drzwiach!

Gdy przejdzie Maciej to zamkną kram!

Lecz pod żelaznym jest dużo ruchu

Tam towar marzeń!

 

Było późne popołudnie. Słońce zaglądało już mocno w we wszystkie zakamarki podcieni dwóch gorajskich domów we wschodniej pierzei rynku. Żywy prowincjonalny barok tych domostw okazywał dumę wobec prostactwa przeciwległej pierzei. Stare domy z wjazdowymi sieniami nigdy nie przyjmowały do wiadomości, że zachodnia pierzeja, podczas I wojny światowej ostrzelana z armat przez Rosjan wycofujących się z Krystynopola i wskutek tego spalona, odbudowała się w kilka lat po wojnie pośpiesznie, bez jednego stylu, lecz na swój sposób rozkosznie i różnorodnie, z balkonikami, schodkami i kuczkami. Postrzępione wióry i gonty zostały pięknie zastąpione przez gładkie płatki papy albo nawet zgrabnie wpasowane arkusiki ocynkowanej blachy – i z tego do rozpuku śmieli się dwaj gorajscy bracia.

 

W istocie monstrualne dachy wiekowych domów we wschodniej części rynku, kryte gontem i wiórami przypominały futrzane czapy kresowych cadyków. Cała ta część rynku była żydowska. Za domami przyrynkowymi kryły się kolejne przylegające do nich coraz mniejsze domy. Za Rozenbergiem mieszkał Darowen, za Darowenem Rozen, za Rozenem Rapaport, za Rapaportem Rozenblum, a za Rozenblumem inny Darowen. Dopiero gdzieś dalej, już za uliczką zatylną, stała sobie

chałupa polskiego szewca Franciszka Widza i chatka spółdzielcy Kubaszewskiego.

 

Kilka kobiet w czarnych lśniących perukach siedziało w podcieniach na taboretach i krzesłach wiedeńskich trzymając w rękach robótki. Dwie z nich ukłoniły się Pięknej Kowalowej.  Żydówki, w przeciwieństwie do innych kobiet w miasteczku zajętych gotowaniem i bieleniem, nie miały Pięknej za złe gry w sztuce „Saga o Józku Drzewieniu”, a nawet w ogóle nie wybierały się do teatru w remizie.

 

Niezliczona ilość żydowskich dzieci, małych Rozenbergów, Darowenów, Rozenów, Rapaportów i innych wyległy teraz na rynek. Większość z nich stała w obdartych ubraniach, choć w jasnych fartuszkach, dziewczynki niektóre niedoczesane, albo już potargane, chłopcy smutni z opuszczonymi rękoma. Dzieci potrzebowały trochę świeżego powietrza po całodziennych ciężkich lekcjach z towaroznawstwa w sklepach u swoich ojców, wujów i ciotek. Dzieciaki akurat przypatrywały się wydarzeniom po drugiej stronie rynku, gdzie było kilka domów chrześcijańskich. Teraz w tamtej części placu rynkowego biegali, może dwunastoletni, chłopcy z drewnianymi karabinami.

 

Idziemy za Olzę! Idziemy za Olzę! – dzieci chyba dobrze zapamiętały sobie okrzyki prawdziwego, bardzo prawdziwego Polaka, które przeszywały całe miasteczko Krystynopol przed kilkoma godzinami. Teraz dzieci biegały po bruku ściskając jednocześnie między nogami końskie główki wycięte z desek. Ułani podchodzili do głównego rynsztoka na rynku, zsuwali się do wilgotnego koryta i pokracznymi ruchami bioder wprawiającymi w monotonne wahania deskę z końską głową forsowali Olzę.  Co jakiś czas dwóch z nich podbiegało do studni, wspólnym wysiłkiem uciągali wiadro wody i wylewali na bruk, a stąd wodę zbierał centralny rynsztok. Wtedy woda w Olzie gwałtownie wzbierała i rzeka robiła się groźna. Lecz co tam taka przeszkoda dla ułanów.

 

Widowisko przerwał dopiero burmistrz, który wyjrzał przed bramę ratusza wypatrując dostawy czterech belgijskich karabinów dla nowotworzonego posterunku policji w Krystynopolu.

 

Jak urwiesz łańcuch z wiadrem gówniarzu, to jutro matka nie będzie miała ci w czym ziemniaki ugotować! – pogroził bambusową laską i ułani natychmiast rozpierzchli się.

 

W związku z epidemią studnia, furty w miedzuchach, koniowiązy, i wiązaki wokół drzew były już pobielone. Rynek w Krystynopolu miał teraz bladą twarz ducha. Gdyby jeszcze dobrze pobielić wapnem te czapki i ubranka dziecięce to bezpieczeństwo obywateli miasteczka podniosło by się do znacznie! Kilka rybitw dotarło tutaj aż znad doliny rzeki i teraz trochę kaszląc podrażnione wapnem przysiadły na daszku studni. Jednak burmistrz nie rybitw oczekiwał znad Wisły. Raz jeszcze rozejrzał się po rynku, a nawet postawił uszy pod kapeluszem, lecz złotej bryczki Abrama z karabinami nie było widać ani słychać.

            

W tym momencie nasza gromadka z Maćkiem i jego protektorami wkroczyła na rynek. Szczepan, Maciek i Piękna Kowalowa wdziali trzewiki i mocno przytupali. Spłoszone rybitwy poderwały się z daszku studni i odleciały w stronę Wisły. W tej części  rynku wszędzie walały się albo grudki wapna, albo łachy białego pyłu. Trzeba było uważać na buty! Ponieważ stał tu dom burmistrza widać było, iż w tej okolicy pod okiem burmistrzowej odbywała się najcięższa praca dezynfekcyjna w Krystynopolu.

Sklep Hersza mieścił się po drugiej stronie rynku. Było więc trochę czasu, aby w trakcie drogi poruszyć jeszcze kilka aktualnych spraw. Kto zacznie? Zgadnijcie proszę! No, któżby inny, jak nie Moszek.

 

Spójrz Maćku, dawniej takie miasteczko

Płonęło co dwadzieścia lat!

A po pożarze szloch!

Strach całe lata kupców dręczył!

Lecz teraz każdy Żyd tu marzy

Aby sprowadzić arkusze blach

Na dach! A sąsiad na swój dach!

Tak minie przed pożogą strach!

Plebania ma blaszany dach!

Na rabinówce dach blaszany!

A w drodze, to od wuja wiem

Dalsze dostawy blachy są

Z Będzina! Oraz wprost z Warszawy!

Blacha stalowa ocynkowana

Jeszcze niedawno prawie nie znana

Na dachy, wiadra, wanienki, rynny!

Całość roboty nie dla kowala!

Współwykonawstwo też zadowala!

Blacharz, dekarz, ślusarz i kowal!

Wszyscy poznają się najlepiej

Kupując blachę u wuja w sklepie!

 

Przy rynku zaledwie kilka budynków miało pokrycie blaszane. Wśród nich była dzwonnica a w południowej pierzei piekarnia Zylbera. Dach blaszany w miasteczku posiadały jeszcze szkoła oraz plebania i rabinówka. Jej ośmioboczna wieżyczka rabinówki mocno wystawała teraz ponad dachy domów w zachodniej pierzei rynku. Gromadka dotarła na rynek w momencie, gdy zachodzące słońce wzniecało teraz błyskawiczne pożary w szybach drzwi i okien, i nagle gasiło je przenosząc pożogę dalej i dalej na kolejne szyby i aż na daleką krawędź lasu okalającego miasteczko od wschodu.  

 

Dach blaszany był również na młynie, który stał nad rzeczka Brewka, niedaleko jej ujścia do Wisły. Dawniej był wodny i pod wielkie trzysążniowe koło podpływała woda gromadzona w stawiku. A jeszcze wcześniej młyn ten stał Wiśle na takim ni to promie, ni to łodzi przycumowanej na stałe trzema potężnymi linami do brzegu. Jak wspominali mieszkańcy Krystynopola, który wtedy nazywał się jeszcze Józefów – na tym pływaku, nurt Wisły raźno obracał koło młyńskie, lecz kiedyś lipcowa powódź tak uszkodziła ten pływający młyn, że dziadek obecnego młynarza zdecydował się przenieść urządzenia na ląd, budując trzypiętrową szopę nad spokojną Brewką.

Zajrzyjmy na chwilę do młyna. Ponieważ Brewka ostatnio często prawie wysychała, a zboże trzeba było mleć każdego dnia i  każdego wieczora dawać prąd obywatelom Krystynopola, młynarz zainstalował silnik, a teraz sprowadził nawet montera z Warszawy, aby opiekował się urządzeniami, a nawet podniósł ich moc. W którymś z udostępnionych już odcinków tej powieści opisano jak ten warszawiak zakochuje się w Mariannie, która mieszka z ojcem w Krystynopolu przy ulicy Krótkiej i przygotowuje się do głównej roli kobiecej w sztuce „Saga o Józku Drzewieniu”. Opisana awaria sieci elektrycznej nastąpi właśnie gdzieś za godzinę, zupełnie niedaleko sklepu żelaznego Hersza. Ale wróćmy na rynek, do naszej wędrującej gromadki, do Maćka, który tak wychwala rolę elektryczności w Polsce Odrodzonej.  

 

A tu w miasteczku macie prąd!

A we wsi prądu nie ma nikt!

Pamiętam słowo z dwóch czytanek

– Osiedle zelektryfikowane!

 

Prąd z młyna był w szkole w Krystynopolu, lecz wieczorami korzystał z niego tylko nauczyciel mieszkający w północnej części budynku.  Miasteczko czekało teraz na całodobowy prąd zza Wisły, który niedawno dotarł już do Kazimierza i Wąwolnicy. Na razie dziatwa słuchała radia dzięki potężnej baterii „Centra”, ponieważ przed południem, w godzinach nauki szkolnej, młyn na Brewką całkowicie zaabsorbowany był mieleniem mąki. Nauczyciel sam przenosił z mieszkania do klasy olbrzymie lampowe radio, a za nim szedł uczeń, często był to Maciek, który niósł dwukilową baterię. Moszek, podobnie jak i większość obywateli Krystynopola, narzekał, że prąd z młyna jest za drogi.  

 

Wuj ma prąd, i prąd ma brat.

Lecz nie ma prądu biedny Żyd!

Prąd niby płynąć sam zaczyna,

Lecz za nim idzie … z sakiewką młynarz!

 

A te latarnie przyrynkowe? – spytał Maciek.

 

Burmistrz wynegocjował z młynarzem dwanaście lamp ulicznych. Mają świecić codziennie od zmierzchu do północy. Ale gdyby ktoś myślał, że zbliżając się do Krystynopola ujrzy łunę oświetlonego miasta, srodze się zawiedzie. Marne 40 watowe żarówki świeciły same sobie i to bodaj w Krystynopolu wylęgło się powiedzenie, że pod latarnią najciemniej. Krzywe słupy elektryczne, niby drzewołaki, a to prawie chodziły, a to niemal obracały się dookoła niewytyczalnej osi i gdyby nie usilne prośby burmistrza do wojewody już dawno komisarz z Lublina doprowadziłby do wstrzymania dostaw prądu i rozbiórki tutejszej sieci elektrycznej. Hersz, jak każdy kupiec żelazny w Krystynopolu, prowadził bogaty dział elektrotechniczny, jednak młynarz słabo inwestował. No i cóż miał Moszek powiedzieć Maćkowi.         

 

Choć świecą marnie, ale, ale

w ten sposób nawet biedny Żyd

ma wspólny prąd

światłem ulicznym objawiony!

W piątkowy wieczór już na szabas

nie tylko księżyc do izby wpada!

 

Był ciepły wieczór. Szli wzdłuż wojsławickiego podcienia. Tuchman  pracował na wystawionej z domu maszynie do szycia. Fawka też wystawił na dwór warsztat i naprawiał buty. Do sklepu Hersza i jego kowadła zostało może czterdzieści kroków.      

 

Tak, Boża Męka. Figurę tą stawiają

Dlatego tam gdzie dużo dużo ludzi!

Polaków, Żydów i Rusinów

Pracą się trudzi! Lub handluje!

Chce zdrowym być, mieć dobre dzieci!

Chrystus za wszystkich ludzi cierpiał!

Dlatego Moszku Boża Męka!

 

Już widać kościół i dach ratusza

A pod stopami zaczął się bruk!

 

W drzwiach sklepu kupcy, jest wczesny wieczór.

Powiedział chyba im sam Bóg,

Że Szczepan z Maćkiem coś kupić muszą.

Kupcy na schodach! Kupcy w drzwiach!

Gdy przejdzie Maciej to zamkną kram!

Lecz pod żelaznym jest dużo ruchu

Tam towar marzeń!

 

Dzieci potrzebowały trochę świeżego powietrza po całodziennych ciężkich lekcjach z towaroznawstwa w sklepach u swoich ojców, wujów i ciotek.

 

Co jakiś czas dwóch z nich podbiegało do studni, wspólnym wysiłkiem uciągali wiadro wody i wylewali na bruk, a stąd wodę zbierał centralny rynsztok. Wtedy woda w Olzie gwałtownie wzbierała i rzeka robiła się groźna. Lecz co tam taka przeszkoda dla ułanów.

 

Widowisko przerwał dopiero burmistrz, który wyjrzał przed bramę ratusza wypatrując dostawy czterech belgijskich karabinów dla nowotworzonego posterunku policji w Krystynopolu.

 

W tej części  rynku wszędzie walały się albo grudki wapna, albo łachy białego pyłu. Trzeba było uważać na buty! Ponieważ stał tu dom burmistrza widać było, iż w tej okolicy pod okiem burmistrzowej odbywała się najcięższa praca dezynfekcyjna w Krystynopolu.

 

Sklep Hersza mieścił się po drugiej stronie rynku. Było więc trochę czasu, aby w trakcie drogi poruszyć jeszcze kilka aktualnych spraw.

 

Tak minie przed pożogą strach!

Plebania ma blaszany dach!

Na rabinówce dach blaszany!

A w drodze, to od wuja wiem

Dalsze dostawy blachy są

Z Będzina! Oraz wprost z Warszawy!

 

Blacha stalowa ocynkowana

Jeszcze niedawno prawie nie znana

Na dachy, wiadra, wanienki, rynny!

Całość roboty nie dla kowala!

Współwykonawstwo też zadowala!

Blacharz, dekarz, ślusarz i kowal!

Wszyscy poznają się najlepiej

Kupując blachę u wuja w sklepie!

 

Gromadka dotarła na rynek w momencie, gdy zachodzące słońce wzniecało teraz błyskawiczne pożary w szybach drzwi i okien, i nagle gasiło je przenosząc pożogę dalej i dalej na kolejne szyby i aż na daleką krawędź lasu okalającego miasteczko od wschodu. 

 

A tu w miasteczku macie prąd!

A we wsi prądu nie ma nikt!

Pamiętam słowo z dwóch czytanek

– Osiedle zelektryfikowane!

 

Burmistrz wynegocjował z młynarzem dwanaście lamp ulicznych. Mają świecić codziennie od zmierzchu do północy. Ale gdyby ktoś myślał, że zbliżając się do Krystynopola ujrzy łunę oświetlonego miasta, srodze się zawiedzie.

 

Był ciepły wieczór. Szli wzdłuż wojsławickiego podcienia. Tuchman  pracował na wystawionej z domu maszynie do szycia. Fawka też wystawił na dwór warsztat i naprawiał buty. Do sklepu Hersza i jego kowadła zostało może czterdzieści kroków.

 

Był ciepły wieczór. Szli wzdłuż wojsławickiego podcienia. Tuchman  pracował na wystawionej z domu maszynie do szycia. Fawka też wystawił na dwór warsztat i naprawiał buty. Do sklepu Hersza i jego kowadła zostało może czterdzieści kroków.

 

Był ciepły wieczór. Szli wzdłuż wojsławickiego podcienia. Tuchman  pracował na wystawionej z domu maszynie do szycia. Fawka też wystawił na dwór warsztat i naprawiał buty. Do sklepu Hersza i jego kowadła zostało może czterdzieści kroków.

 

Fotografie: Krzysztof Wasilczyk, 2014-2020.

 

 

 

Odc. 15

Szczepan, Maciek, Piękna Kowalowa i Moszek szli teraz po drewnianej kładce wojsławickiego podcienia. Tupali przy tym ponad miarę butami. Po kilku krokach otoczyli szewca Fawkę, który wystawił warsztat na dwór. Teraz bardzo zaglądali mu w robotę. A widząc to Fajwel jeszcze raźniej dobijał do podeszwy drewniane ćwieki, a potem przy końcu buta przymierzył podkówkę, która pasowała idealnie. Wreszcie podniósł wzrok, który zatrzymał z uznaniem na rozrośniętych ramionach Maćka i powiedział:

         – Kawalerze! Szewcem ani krawcem to ty nie będziesz! Bo już masz duże dłonie! Więc pewnie zostaniesz kowalem!

         Aż oczy zaiskrzyły wszystkim, że od najlepszego szewca w Krystynopolu, Maciek ma od razu takie wsparcie.

         Gromadka przeszła dalej kilkanaście kroków niemiłosiernie przy tym tupiąc w deski kładki i zatrzymała się w podcieniu przy krawcu Tuchmanie. Stary Singer terkotał monotonnie. Maszyna ustawiona była tak, aby zachodzące słońce przechodziło teraz przez ucho igły a mercyzowana nić jaśniała srebrzystym blaskiem. Tuchman szył odświętny mundur dla warszawiaka-montera zatrudnionego niedawno w miejscowym młynie. Mundur ten był jego własnego pomysłu, lecz już wcześniej kilka osób w miasteczku, w tym Moszek, doradzało monterowi aby miał własny uniform. Albowiem codzienna dostawa elektryczności do miasteczka to jest poważna służba dla kraju! Dla obywateli Krystynopola monter zasługiwał na mundur oraz czapkę z otokiem i celuloidowym daszkiem. Celuloidowe sztywne daszki wyróżniały w miasteczku wyłącznie funkcjonariuszy. Reszta obywateli, poza burmistrzem, albo daszków przy czapkach nie miała albo miała takie miękkie, takie jakieś pofałdowane, z czoła ku oczom opadające nierówno. Sukno barwy miedzianej ma nawiązywać kolorem do żywego miedzianego drutu łączącego słupy sieciowe w Krystynopolu i w innych miasteczkach, tam gdzie młynarz nie wyłgał się drutem żelaznym. Pagony były wykrojone z białego jedwabiu i biegnąc ku rękawom nabierały kształtu nasłupowych izolatorów. Podobne wykończenie miały także patki na obu napierśnych kieszonkach. Swego czasu Moszek doradził aby duże i małe guziki z napisem SEP odlać u brązownika w Lublinie i teraz one już leżały wraz z innymi krawieckimi dodatkami na taborecie obok maszyny. Tu muszę Ci powiedzieć Wytrwały Czytelniku, że monter-warszawiak od trzech lat należał do Stowarzyszenia Elektryków Polskich.

Nasza grupka szczelnie otoczyła krawca Tuchmana. W przeciwieństwie do fawkowskich butów z cholewami, tu mieli do czynienia z robotą niecodzienną. Spostrzegłszy ich zachwyt Tuchman wziął się jeszcze raźniej do roboty, zaprzestał  monotonnego zszywania dużych kawałków i co chwilę podejmował rozmaite drobne prace przy różnych częściach munduru. A to zręcznie przyszył guzik SEP do prawego przodu, a to obłożył i zafastrygował lewą patkę-izolator białym jedwabiem, a to mydełkiem obrysował na prawej pole – miejsce na boczną kieszeń, po czym znów wrócił do mozolnego zszywania dużych kawałków.

Jak już zaznaczyliśmy, jedynie Moszek znał przez Abrama-sadownika okoliczności narodzin pomysłu na mundur. Monter chciał dostać się na czoło świątecznego majowego pochodu w Krystynopolu. Właściwie nie sam monter tego pragnął, ale jego serce pragnęło. Otóż już za kilka dni defilada wyruszy spod kościoła i obejdzie rynek w Krystynopolu. Ponieważ posterunek policji w Krystynopolu dopiero był tworzony, to na czele pochodu pójdą strażacy. Wśród nich dwie kobiety – bynajmniej nie pożarniczki-samarytanki, lecz jedyne niewiasty w gminie, które zgodziły się, wbrew protestom pracowitych krystynoplanek, zagrać dwie ważne role w „Sadze o Józku Drzewieniu”. Obok montera będzie szła Piękna Kowalowa, do której jego serce nic nie czuje, lecz tylko oczy podziwiają jej urodę. I będzie szła Marianna, nieco starsza od Kowalowej, lecz z temperamentu i wrażliwości równie młoda. Pamiętasz Czytelniku, że to córka miejscowego wozaka, która wpadła w oko monterowi w wilkowskiej remizie na próbach sztuczki „Saga o Józku Drzewieniu”. Ponieważ Marianna w sztuce w ogóle nie schodzi ze sceny, bo akcja wszystkich pięciu aktów dzieje się w jednej izbie, monter cały czas podziwiał jej wrażliwość ale wielbicielem jej talentu został już w drugim akcie. I on, monter będzie szedł obok Marianny w specjalnym mundurze szytym nie w Warszawie ale w Krystynopolu.  A to by jednoznacznie wspomóc miejscowe siły konfekcyjne północnej pierzei miasteczka. Tak więc – prawie na czele pochodu będzie szła Piękna Kowalowa, która jest uznawana obecnie za najbardziej kształtny pomnik więzi kulturalno-towarzyskich miasteczka i okolicznych wsi. Obok Kowalowej Marianna – muza Krystynopola i symbol otwartości kobiet. Zaraz blisko przy Mariannie, on monter w paradnym mundurze – mężczyzna będący ucieleśnieniem więzi stolicy z prowincją i wsparcia dla tutejszych stosunków gospodarczych. I będzie w tej czwórce z przodu szedł burmistrz z bambusową laseczką. Sprowadzając wapno z Chęcin i każąc niezwłocznie bielić w miasteczku wszystko co popadnie uratował Krystynopol przed epidemią i zdrowotnymi problemami ludności wszystkich wyznań. Moszek wiedział to wszystko, lecz by wiedzieć w przyszłości jeszcze więcej, lepiej  i szybciej,  postanowił, że to, co wyjawił mu Abram-sadownik o monterze na razie zachowa dla siebie.  

Krawiec Tuchman zatrzymał starego Singera. Igła z przyzwyczajenia pyknęła jeszcze ze dwa, trzy razy aby dokończyć szew na samym zgrubieniu. Powoli zdjął nogi z pedału by obrócić się w stronę Maćka. I teraz podniósł wzrok, który zatrzymał z uznaniem na jego mocnych ramionach i ocenił:

         – Młodzieńcze, krawcem ani szewcem to ty nie zostaniesz! Bo już masz wielkie dłonie! Więc na pewno zostaniesz kowalem!

         Aż oczy zaiskrzyły wszystkim, że i od Tuchmna, najlepszego krawca w Krystynopolu, Maciek dostał od razu takie wsparcie.

 Teraz przechodzili obok ratusza. Moszek przypomniał sobie, że w Magistracie Miasta Krystynopola ma do odebrania świadectwo ubóstwa. Więc cała gromadka solidarnie zniknęła w wielkiej sieni ratusza, po czym weszła do sali posiedzeń. W głębi tej sali, przy olbrzymim barokowym piecu, ale z dala od okna mieściło się również biuro sekretarza.  Z maszyną do pisania, pudełkiem na rosyjskie czcionki i wielkim wiklinowym koszem, którego przeznaczania nie rozszyfrował nawet Moszek, jeden z najczestszych petentów Magistratu. 

Moszek-domokrążca zaszedł tu konkretnie – a to po świadectwo ubóstwa. Ale polski chłop i baba jak zajdzie do urzędu, to mocno ściska w ręku czapkę i zaraz rozgląda się na boki i po ścianach i po stołach, nader ciekawy jak ludzie pracują poza rolą.

– A to co?

Szczepan i Piękna Kowalowa niemal równocześnie dostrzegli kamienne popiersia stojące w dwóch rzędach przy wschodniej i zachodniej ścianie sali obrad. Otóż burmistrz w tych dniach nie tylko organizował posterunek policji państwowej ale także  założył Izbę Pamięci Miasta Krystynopola. Z takim muzeum to mu było znacznie łatwiej. No bo karabiny dla policjantów jechały aż z Belgii. Natomiast eksponaty dla Izby Pamięci leżały od lat na trudnodostępnym strychu ratusza. Wprawdzie mocno zakurzone, ale jak to każdy poważny poczet – w komplecie i niepoobijane.

Aby zrozumieć skąd wzięły się w ratuszu te popiersia, Czytelnik powinien teraz odbyć, sam a najlepiej ze mną, podróż parostatkiem w dół Wisły albo wynająć przy przystani przewoźnika z pychówką. Jakieś pół wiorsty od Krystynopola na północ znajdują się wychodnie opoki. Kamieniołom nie jest w tym miejscu tak stromy i wysoki jak w pobliskim Kazimierzu, jednak skały są bielsze, czystsze, twardsze, niemal krystaliczne. Przez wieki opoka tu dobywana i z lekka tylko ociosywana całkowicie wystarczała na niewielkie potrzeby budowlane miasteczka, zwłaszcza na liczne obórki i stajenki, które bieliły się na podwórkach. Ich czworonożni lokatorzy, a także świnie mieszczan-rolników lizały te wapienne ściany prawie w całości zaspokajając zapotrzebowanie na sól. W czasach zaborów sól była bardzo droga i sprowadzano ją aż spod Odessy. Dlatego władze Krystynopola zawsze patrzyły przez palce na tą chaotyczną zabudowę parcel i na to skupienie dużych zwierząt w kwartałach przyrynkowych. W obórkach i stajenkach niemiłosiernie tłoczył się stały inwentarz, który co tydzień musiał robić jeszcze miejsce sztukom nabytym na targu, cielątkom i kobyłkom przeznaczonym do dalszej, korzystnej odsprzedaży. Nieraz zdarzało się, że świnie przegryzły ścianę wapiennego chlewika na wylot i potem długo biegały po rynku mimo zgorszenia i protestów miejscowego kupiectwa. Niemal wszyscy podróżnicy, którzy dotarli do Krystynopola, podkreślają w swoich relacjach, iż miasteczko to szczególnie w okolicach przyrynkowych wyróżnia się spośród innych wielkim natężeniem odgłosów zwierzęcych dochodzących z podwórek zarówno Żydów jak i chrześcijan.

Dom kupca żelaznego Hersza, do którego wkrótce dotrzemy z bohaterami powieści by nabyć zaczarowane kowadło dla Maćka, także z opoki był zbudowany.

Ba, wapniak w Krystynopolu wykorzystywano także do celów artystycznych. Załóżmy, że wysiedliśmy z parostatku albo pychówki i wiemy już, gdzie dobywany był wapniak. No, to teraz pójdźmy po dalszą wiedzę na krystynopolską plebanię, albo do kahału. Zajrzyjmy tam do pierwszej z brzegu księgi. Czy to będzie księga narodzonych, czy księga zaślubionych albo zmarłych. Czytamy tam, że a to zawarł związek małżeński Lejzor, rzeźbiarz-perukarz. A to, że zmarł Adam – rzeźnik i rzeźbiarz. A to, że jako świadek narodzin dziecka stawił się Josek, malarz szyldów i rzeźbiarz.

No to już wiemy, z jakiej skały i kto wykonał popiersia stojące na podestach w dwóch rzędach przy wschodniej i zachodniej ścianie sali obrad. To wizerunki kolejnych burmistrzów Krystynopola – od XVII wieku do chwili obecnej! Wyrzeźbione z białego kamienia, potem nieco podmalowane, a następnie zabezpieczone przez pokrycie woskiem podbieranym z miejscowych leśnych pasiek. Dziś rano, sekretarz Magistratu Krystynopola, popiersia te zniósł ostrożnie po stromych spiralnych schodach z poddasza i strychu ratusza. Teraz błękitne, piwne albo zielone oczy posagów pilnowały obrad rady miejskiej i tempa wypisywania świadectw ubóstwa. Z drugiej strony, fakt obecności kompletu popiersi wskazywał, że choć kadencje kolejnych burmistrzów mogły biec bez żadnych inwestycji, bez przeciwdziałania epidemiom i bez udanych działań konsolidujących obywateli różnych wyznań i zawodów, to jednak kamienny tors w ratuszu jest gwarantowany wszystkim burmistrzom przez samą historię i wielowiekową sprawność najbardziej utalentowanych mieszkańców miasteczka-sztetł.  

Były to więc dzieła miejscowych rzeźbiarzy, na co dzień fryzjerów, perukarzy, rzeźników, grabarzy, malarzy szyldów, no i córek wozaków. Wśród upamiętnionych rzucało się w oczy popiersie burmistrza wyznania mojżeszowego, jedynego w dziejach tego nadwiślańskiego miasteczka. Widząc zainteresowanie gromadki tym faktem Moszek złożył na czworo wydane mu świadectwo ubóstwa i natychmiast wyjaśnił.
– Drugiego takiego burmistrza już nie było i nie będzie, ponieważ po tych wyborach przegranych przez mieszczan-rolników przyłączono do Krystynopola pobliską wieś Kolechów i – jak to napisał sekretarz – ta korekta stosunków demograficznych zapewni już w następnych wyborach realizację idei troski o bezpieczeństwo Krystynopola i jego obywateli.

Wśród burmistrzów ostatnich kadencji stało popiersie kobiety. Głowa osadzona na bardzo smukłej szyi, w Krystynopolu raczej wśród niewiast nie spotykanej, może z wyjątkiem Marianny. Rzeźba żywo przypominała posag Nefretete, o którym dużo pisano kiedyś w gazetach docierających do Krystynopola. I tu znów nasza gromadka poprosiła Moszka aby wyjaśnił.

– To może być przyszła burmistrzowa, albo któraś z trzech kolejnych żon obecnego burmistrza. Rzeźbę wykonała niedawno Marianna, córka wozaka.

Słysząc to Piękna Kowalowa stanęła przy tym popiersiu tak, by wszyscy mogli stwierdzić bezsprzeczne podobieństwo między nią, a rzeźbą i samą Nefretete. I tak tajemnicze wyjaśnienia Moszka stały się jeszcze bardziej tajemnicze.   

Z Magistratu i Muzeum Krystynopola wyszli przed ratusz na rynek. Do sklepu żelaznego Hersza było już nie więcej jak kilkanaście kroków. Maciek czuł, że szczęście może być już blisko. Postanowił się wywdzięczyć Moszkowi i tak chwalił miasteczko.

 

Dobrze tu macie, łatwo żyć!

W podcienie się od deszczu skryć!

W targowy czwartek wozów sznur!

A w każdym wozie dziesięć kur!

Cielątko, gąska i kaczątko!

 

Moszek bojąc się, że Maciek marzy o rychłych przenosinach ze wsi do miasteczka, jak mógł temperował jego podziw dla cywilizacji środkowoeuropejskiego sztetł. Przechodzili już przez bruk na ulicy Głuskiej. Rynsztoki na tej ulicy zupełnie nie przypominały owego głębokiego centralnego rynsztoka na rynku, z którego przed godziną krystynopolska dziatwa uczyniła Olzę. Po obu stronach Głuskiej rynsztok był tak płytki, że chętnie dzielił się wodą z całą szerokością ulicy. Akurat ulicą Głuską jechał teraz wóz. Obręcze ciężko terkotały po bruku, koń sapał. Woźnica nie chciał lać konia batem, lub bał się to teraz robić na oczach burmistrza, więc tylko rzemieniem wywijał ósemki nad zadem. O tym co się działo na Głuskiej Moszek wiedział świetnie z opowiadań żony. Co tydzień w dni targowe Rywka wychodziła tu raniutko aby kupić coś taniej i lepiej nim chłopskie wozy dotrą na rynek.    

 

Może tak być, może tak być,

lecz nam jest teraz ciężko żyć!

Może i sznur, może i sznur,

lecz nie gęsi! I mało kur

na wozach – słoma, ziemniaki, jest i chrust.

Jadą po bruku, dużo huku!

Jęczą obręcze i kupcy jęczą

więc kołodzieje wciąż się kręcą!

Czasem odpadnie jedna podkowa.

Prędzej od Żyda zarobi kowal!

Popatrz na słupy. Te wysięgniki

ze znakomitej zrobione stali!

Lecz nie przybyły z żadnej fabryki

tylko je kowal wykuł miejscowy

z żelaza, które sprzedał mu Hersz

licząc najtaniej jak tylko mógł

po cenie niższej niż szeptał Bóg.

 

         Coraz częściej w tych rozmowach schodziło na Hersza i na jego sklep żelazny, od którego byli dosłownie parę kroków. Na ulicy Warszawskiej przy sklepie Hersza stało teraz mnóstwo furmanek, a nawet bryczka dziedzica.

 

         Toż on skorzystał na prądzie też!

         Mnóstwo klientów już po zmierzchu!

         Od kiedy światło ma już w sklepie

         nie kopci izby lampą ni świeczką.

        

         Wprawdzie do zmierzchu było jeszcze daleko i monter z młyna nad Brewką ani myślał już teraz, o tak wczesnej godzinie, przestawiać pas transmisyjny silnika z maszyn młyńskich na prądnicę. 

 

         I ty skorzystasz! I Kowalowa!

         Bo będzie widać kowadła lepiej!

         Żyd jak już sklep ma tu otwarty

         to jakby grał w otwarte karty!

         U was wieczorem w spółdzielczym sklepie

         towar w ciemnościach chrapie lub warczy.

         I nic widać! Omijać takie sklepiki lepiej

         gdy nie wiadomo jakiej sklep branży!

        

         Zagorzały spółdzielca Szczepan jakoś przełknął tę aluzję i nawet nie pożałował, że rano nie poszli skonfrontować sprężynowy kantarek Moszka z oboma wagami w sklepie spółdzielczym we wsi Wyżyna. Obie wagi spółdzielców, szalkowa i dziesiętna, były niedawno przepisowo legalizowane, o czym na pewno Moszek i inni domokrążcy z Krystynopola dobrze wiedzieli. 

 

         Po co to mówisz, nie mów to wcale!

         Co ci przeszkadza spółdzielnia we wsi?

         Nie chcę by Maciek był sprzedawcą!

         Ja chcę by Maciek był kowalem!

 

         Ale byli już pod sklepem Hersza. Moszek postanowił swoim towarzyszom przedstawić dzieje tego sklepu żelaznego. Szczepana i Maćka zatrzymał na bruku. Sam stanął na schodach. Ponieważ już wcześniej zdjął z pleców skrzynię domokrążcy i od dłuższego czasu kłaniał się – jakby publiczności – chłopi zbiegli się od furmanek, myśląc, że to teatr objazdowy przyjechał do Krystynopola. A gdzie była wtedy Piękna Kowalowa? Otóż występom Moszka dodała pikanterii lekko siadając na zaoblonej krawędzi wiedeńskiej wanny wystawionej przed sklep. Nieznacznie podciągnęła przy tym spódnicę lokując prawą nogę na schodach sklepu. Zachodzące słońce, łydka, trzewik, uśmiech i wanna wiedeńska zrobiły swoje! Tak, że nawet ci chłopi i Żydzi, co teraz właśnie wychodzili z zatłoczonego sklepu, postanowili poczekać i zobaczyć co, to będzie za teatr w Krystynopolu. Moszek jeszcze raz ukłonił się nisko.

         – Nie jest tak łatwo kłaniać się tak pięknie starszemu człowiekowi, który dźwigając codziennie ciężką skrzynię domokrążcy ma stale plecy odgięte do tyłu – pomyślał Maciek.

         Ale Moszek ukłonił się raz jeszcze. W tym momencie jego występ niespodziewanie zapowiedziała Kowalowa. Obdarzyła zebranych sześcioma słowami i pięknym dźwięcznym głosem:

 

         Sklep mieścił się przy samym rynku!

        

         Dalej recytował już Moszek:

 

         Tu gdzie dom Hersza z opoki stoi,

         przez stu laty karczma była.

         Bufet, stoły – masywne ławy.

         Podróżni z Głuska, Kodnia, Warszawy

         pili i jedli – na ławach spali

         a w stanie konie odpoczywały.

         Lecz gdy dotarła do Lublina

         kolej żelazna nadwiślańska

         karczma od iskier się spaliła

         Wnet Bóg zakazał w miasteczku pijaństwa,

         lecz wszystko inne Żyd robić mógł!

         Więc pradziad Hersza

         ruble swojego wuja włożył

         i sklep żelazny tu założył.

 

         Tu po raz pierwszy ówcześni mieszkańcy

         ujrzeli towar żelazny, ciężki!

         Każdy chciał sagan brać do ręki,

         przekładał z ręki do ręki fajerki.

         Żelazo przyrównywał z drewnem!

 

Miejsce akcji. Podcień domu szewca Szylda i krawca Tuchmana w Wojsławic. W ciepłe pogodne dni warsztaty pracy wynoszono do podcienia.

 

Nasza gromadka weszła do ratusza. Moszek odbierze od Sekretarza Magistratu swoje kolejne świadectwo ubóstwa. Pozostali zapatrzą się na popiersia wprawnie wyrzeźbione w nadwiślańskiej opoce – eksponaty w nowo utworzonej Izbie Pamięci Miasta Krystynopola.

 

Kancelaria w miasteczkowej plebanii. Tu stawiali się zainteresowani i świadkowie wydarzeń, a ksiądz proboszcz dokonywał wpisów urodzonych, zaślubionych i zmarłych katolików.

 

Zaś najważniejsze fakty genealogiczne odnoszące się do Żydów, a takiego wyznania był nasz malarz szyldów i jednocześnie rzeźbiarz, w miasteczku-sztetł zapisywał w księgach rabin. A dla przykładu – jeśli rabin udał się do wód na dłuższą kurację zapisy czynił podrabin.

 

Historyczna rzeczywistość. Władze miasteczka na prawach miejskich w Polsce Odrodzonej: burmistrz, sekretarz, ławnicy, radni …

 

Miejsce akcji. Z ulicy Głuskiej furmanka wjechała już na rynek miasteczka.

 

Miejsce akcji. Sklep żelazny, zwiemy go sklepem Hersza Libhabera,  w narożniku rynku u zbiegu ulicy Głuskiej i Warszawskiej.

 

Tylko dzięki takim światłym restauratorom, właścicielom piwiarni jak Adam Jaworski z Siedliszcza, bywało. że przyjezdne kobiety miały w miasteczku takie same możliwości jak ich męscy partnerzy z jarmarcznych furmanek.       

 

No właśnie…

 

Fot. Krzysztof Wasilczyk, 2014-2020.  

 

 

 

Odc. 16

 

     Było późne popołudnie. Tego dnia kilkunastu chłopów zebrało się pod sklepem żelaznym Hersza Libhabera w na rynku Krystynopolu. Stał tam też rządca z pobliskiego majątku, który przyjechał do miasteczka z dziedziczką i teraz razem mieli zajść do piwiarni Jaworskiego i w sali dla lepszych gości zjeść zamówiony obiad. Więc pośród kilkunastu furmanek stała i bryczka. Wszyscy podeszli teraz pod sklep i słuchali opowieści Moszka o dziejach tego handelku. Niejednemu łza na sumiasty wąs poleciała, gdy usłyszał, że dawniej była tu wzięta karczma, ale się spaliła. Gdy Moszek mówił o Gościach austerii, że „jedli i pili, na ławach spali a w stanie konie odpoczywały”, znów im oczy powilgotniały. No bo teraz, jak kto pójdzie do wyszynku, albo piwiarni w miasteczku, to nie ma gdzie furmanki zostawić. Zaraz zjawia się Pan Posterunkowy i jest pouczenie. Ale i grzywna! Więc niejeden koń z okolicznych wsi, chcąc uratować swojego gospodarza przed dalszymi kosztami, widząc, że w pobliżu kreci się już Pan Posterunkowy, zostawia swojego opiekuna i sam wraca na wieś znajomym gościńcem. Bo też jak i dwanaście wiorst wieziesz pijanego chłopa przez łąki, lasy i pola, to tak jakby i nikogo na wozie nie było, byle wolna droga, bez wilków i bez rozboju.

 

         No. A tu przed laty taki pradziad Hersza, albo jego żona, widząc, że chłop legł na ławie i chrapie, wychodzi przed karczmę i grzecznie się rozpytuje, która to jego furmanka.

 

         – Musi to ta – mówią ci, co się kręcą przed karczmą dłużej, zanim sobie już wejdą do środka. Potem matka Hersza takiego konia delikatnie wyprzęga i zaprasza  na nocleg do stanu, to jest takiej dużej stajni przy każdej porządnej karczmie. Koń idzie wesoło, bo w stanie i pół doby można sobie ciekawie pogadać z jakimś koniem z innej wsi, albo nawet z koniem pocztowym. I jeszcze taki Żyd, albo matka karczmarza, chłopskiego konia przed pustym żłobem nigdy nie postawi. Toteż w tamtych czasach wielu gospodarzy czekało tylko, aż podrośnie cielątko, albo do worka podbierało pół korca zboża z wielkiej beczki w komorze. Zaprzęgali konia, bo woły do stanów karczmarz nie chętnie prowadził. I wio, wio do Krystynopola. Prrrrr! Najpierw pogadali pół dnia na rynku, towar jakoś sprzedali. A potem kręcili się koło tej karczmy, czekając aż ich sama do siebie wchłonie, przytuli, rozbawi i uśpi.

 

         Zgromadzeni słuchali Moszka, ale oczy wszystkich wpatrzone były w Piękną Kowalową. W smukłą palmę jej łydki, która wystrzeliwała z prawego trzewika. Wielu z nich, a właściwie całe młode pokolenie chłopów, chodziło już regularnie na ludowe potańcówki po remizach, albo co miesiąc na filmy z gwiazdami, gdy któryś kinoteatr zajechał albo przypłynął parostatkiem do Krystynopola. Mocno kochali swoje żony i dziewczyny, ale potrafili też odróżnić wyborowe konie ułańskie od artyleryjskich czy zgrabne klacze ciągnące dworskie bryczki od ciężkich towarzyszy folwarcznych do pługa.

No to jesteśmy już pod sklepem!

        

         Entuzjastyczną pochwałą profesjonalizmu kupca Hersza, Moszek skończył opowieść o historii sklepu i tu muszę Ci Czytelniku zdradzić, że wkrótce będzie tych pochwał znacznie więcej, a wszystkie prawdziwe. Szczepan chciał już wejść do środka lecz Piękna Kowalowa w tym momencie niespodziewanie weszła do wanny wiedeńskiej stojącej na bruku przed sklepem.

 

         Będzie miesiąc temu jak tu, na prowincję, Hersz sprowadził parostatkiem takie dwie eleganckie blaszane wanny. Z Warszawy, wprost ze znakomitej firmy „Dom i Sport”. Jedną wannę kupił niedawno ksiądz proboszcz na plebanię w Krystynopolu. Druga wciąż czekała na kupca. Ponieważ każda taka wanna była od spodu wyłożona półtoracalowymi dębowymi deskami, wiec dno, w przeciwieństwie do pospolitych balii, w ogóle nie pykało gdy ktoś wchodził do wanny, wychodził z wanny albo wiercił się w wannie w czasie kąpieli.

 

         Kupiec Hersz wyznawał dwie zasady. Pierwsza, to, że wszelki towar żelazny oferowany w jego sklepie jest niezniszczalny, wiecznotrwały! Druga zasada, to, że tylko zabawa z użyciem rzeczy prawdziwych, dobrej jakości i niezawodnych sprawi, że tutejsze dzieci będą rozwijać się w prawdzie i miasteczko Krystynopol da temu światu wielkich ludzi. Hersz miał na myśli odkrywców, aktorki, generałów i poetki. Więc kupiec ten czasem pozwalał dzieciom z miasteczka wchodzić do wanien. Warunek był jeden: dzieciaki mogły wchodzić do wanny tylko na bosaka i zawsze mieć czyste nogi. Dziewczynki wchodziły i udawały, że się kąpią. Niby mydliły w dłoniach najdroższe Palmolive albo wykwintne mydełko Pulsa. Potem machały ramionami, najśmieszniej wtedy, gdy niby myły rozpuszczone włosy. Wykąpane wycierały się ciepłym lekkim wiatrem, który w takich chwilach, pojawiał się w Krystynopolu na rogu ulic Głuskiej i Warszawskiej. Chłopcy w wannach opływali całą kulę ziemską. Bywało, że i trzech urwisów weszło. A każdy z kijem, więc wanna Hersza wyglądała jak porządny hiszpański trójmasztowy bryg. Lecz wanna nie była hiszpańska lecz wiedeńska, z piękną secesyjną linią krawędzi.

        

         Teraz najwyraźniej i Piękna Kowalowa miała ochotę na swój występ.

 

Łoj! Przy ścianie stoi blaszana wanna!

Chciałaby taką mieć każda panna!

 

Wiec chłopi nie rozeszli się i nadal gapili się na Kowalową, która
z wdziękiem rozsznurowała i zdjęła trzewiki i usiadła w wannie. Opierając się plecami o tylną wyższą ścianę, mydliła sobie ramiona wdzięcznie wsuwając dłonie pod rozpięte rękawy. Moszek natychmiast podjął wyzwanie.

 

Wanna ma piękny styl wiedeński!

To nie jest tylko sprzęt panieński!

Hersz – tu wisi jego szyld z emalii,

że szare mydło też prowadzi!

Może Szanowna Pani do balii

wsadzić wieczorem męża kowala.

Obmyć mu z ciała czarne smużki.

Aj Moja Pani! W wiedeńskiej wannie

 

Jędrka domyjesz znacznie staranniej!

 

W ostatnich latach w Krystynopolu pracowało równocześnie osiem sklepów żelaznych. Ale spośród wszystkich kupców-żelazniaków tylko Hersz używał pełnych tytułów, jakie przysługiwały tak znakomitym osobistościom jak przedmioty.

 

Wiedeńska wanna?! U Hersza łóżko było angielskie, albo wiedeńskie, siekiera tarnowska, łopata gdańska, żelazko szwajcarskie, kosa styryjska, garnek polski, zamek małopolski. Hersz nie upraszczał rzeczywistości. Klientom te solidne europejskie, ale i narodowe nazwy geograficzne zdawały się być równie pracowite, jak i same przedmioty. Łopata gdańska pogłębiała porty, żelazko szwajcarskie chodziło dokładnie jak szwajcarski zegarek, a brzeg wiedeńskiej wanny wdzięcznie falował jak wiedeński walc. Głęboka wiedza towaroznawcza przekazana Herszowi przez ojca podczas codziennych wykładów i ćwiczeń w sklepie pozwalała po siedmiu latach nauki swobodnie poruszać się w każdym temacie od podłogi, aż po najwyższą półkę. Nawet mając towaru więcej niż par na cesarskim balu, przedstawiając go, albo zapoznając z nim, nigdy nie pomylił imienia takiego żeliwnego kawalera, albo stalowej panny. Całe lata, pochylony przy pudowej wadze dziesiętnej, Hersz opukiwał garnki. Toteż słyszało się po miasteczkach oraz od hurtowników w Lublinie z Nowej i Lubartowskiej, że na wschód od Wisły jest on najlepszym specjalistą od czajników i imbryków blaszanych emaliowanych.

 

W korespondencji, fabryki, albo hurtownie nigdy dodatkowo nie dopytywały Hersza o jakie np. łopaty mu chodzi, lecz nawet w listach przesyłowych gdzieś choćby na skrawku nie zajętym przez stemple kolei żelaznej i adnotacje urzędników kolejowych chwalono zwięzłość jego zamówień dając mu najwyższy rabat.

 

         Chłopi ciągle stali czekając, że Kowalowa odpowie teraz Moszkowi, na zaczepkę o niedomytym mężu kowalu.

 

         „Ha? Jędrzej wieczorem wchodzi do rzeki

         czystej jak rosa w sadzie Szczepana!”

 

         Po czym pląsając ramionami wyobraziła zebranym meandry Brewki i wypuszczając z ust powietrze ukazała moment, gdy Brewka wpada do Wisły tuż przy przystani w Krystynopolu.

 

         „Potem ta rzeczka do miasteczka

         płynie i zbiera tam wszystkie ścieki.

         Ha? Czy Żyd zapytał o to Pana,

         że ścieki mają iść do rzeki?”

 

Otóż Krystynopol, jak wszystkie miasteczka i małe miasta położone między Wisłą a Bugiem, nie miał kanalizacji. Rok temu na I Zjeździe Burmistrzów Maleńkich Miast, który odbył się w Krystynopolu, nasz burmistrz przechwalał się głębokimi kamiennymi rynsztokami gęsto przecinającymi rynek.

 

Na uwagę burmistrza Ostrowa, że w czasie jarmarków, albo innych przejazdów przez rynek w Krystynopolu zapewne wiele koni łamie sobie nogi na tych rynsztokach, burmistrz kazał magistrackiemu woźnemu natychmiast przyprowadzić pierwszego lepszego konia. Osobiście zawiązał klaczy oczy bawełnianą chustą i tak kilkanaście minut spacerowali sobie po rynku. Koń Abrama nie tylko nie złamał nogi na rynsztokach, ale z tymi klapami na oczach wystukiwał kopytami różne wesołe nutki piosenek. Zachwyceni tym burmistrzowie gorąco klaskali więc nagle z wielkiej czarnej chmury nad sztetł spadł deszcz. Gospodarz Zjazdu i Goście schronili się w wojsławickim podcieniu. Dopiero stąd przez kurtynę deszczu mogli docenić rozsądek miejscowych władz i fachowość krystynopolskich brukarzy. Od samego ratusza i wojsławickiego podcienia, aż po ogrodzenie kościelne i domy wąwolnickie w dole rynku, rynsztoki natychmiast i zręcznie zbierały wodę z całego placu rynkowego. Tak, że pędziła ona coraz szybciej trzema kanałami w kierunku nadrzecznej skarpy. Centralny rynsztok urywał się koło piekarni Zylbera. Tam woda traciła grunt pod nogami i wielką kaskadą spadała po zboczu w kierunku Wisły akurat na gęsią łączkę, dosłownie kilka sążni przed przystanią dla parostatków.

 

– Rynek w Dubience jest zupełnie płaski i woda nie chce spływać ani do Wełnianki ani do Bugu – żalił się Sekretarz Magistratu w Dubience.

 

– Jeszcze bardziej płaski jest nasz rynek w Ostrowie – dołączył Burmistrz Ostrowa.

 

– Musicie Panowie niezwłocznie zabrukować rynki! U mnie to jest tak! – radził Gospodarz Zjazdu – Posłuchajcie! Każdy chłop, który przyjeżdża do Krystynopola na cotygodniowy targ ma obowiązek przywieźć ze swojego pola 100 kilogramów polnych kamieni. To samo dotyczy gospodarzy z wsi przyłączonych do Krystynopola, którzy przybywają furmanką, aby załatwić czy to sprawę w Magistracie, czy nabyć cięższy towar w jednym z ośmiu sklepów żelaznych. W ten sposób zabrukowaliśmy cały rynek i większość uliczek w miasteczku. Niektórzy chłopi z piaszczystych nadwiślańskich kotlin przywożą wielkie kamienie i z takich wielgaśnych okazów nasi brukarze ułożyli wzorcowy centralny rynsztok w Krystynopolu.

 

Aby nie być gołosłownym! W tym momencie burmistrz dał woźnemu znak ręką, a ten zagrał ledwie parę głośnych tonów na trąbce i zaraz z ulicy Stodolnej wjechał na szosę klinkierową, a potem na rynek, sznur 66 furmanek załadowanych polnymi kamieniami. Wozy objechały rynek, a następnie chłopi kolejno zrzucali kamienie przy kościele na drogę prowadzącą do przystani dla parostatków. Ta droga wiła się po nadwiślańskiej skarpie, lecz jak dotąd nawierzchnia w wielu miejscach nie była utwardzona. Tu też zakończę wspomnienia o wydarzeniach sprzed roku, związanych z I Zjazdem Burmistrzów Maleńkich Miast w Krystynopolu.

 

Występy Moszka i Pięknej Kowalowej przez sklepem żelaznym Hersza dobiegły końca. Nawet Maćkowi, który bywał często u Hersza, takie duże zgromadzenie chłopów i furmanek przed sklepem wydało się dziwne. Pora była późna, a dzień nietargowy. Zjazd wozów na ulicy Warszawskiej był równie zagadkowy jak przed kilkoma godzinami sznur furmanek ustawionych na gościńcu przed kuźnią Jędrzeja we wsi Roztocze. Ktoś pierwszy powiedział, że Hersz będzie miał pod wieczór promocję na pięciocalowe gwoździe. Ktoś to dalej powtórzył. Ten drugi nie zachował tego dla siebie. Ktoś  następny to już od innego wiedział, że to gwoździe kwadratowe – dobre bo krajowe.

 

Być może Moszek znał przyczynę narodzin tej kawalkady, ale pytany o cenę gwoździ, odpowiedział.

 

– Nu, nie podrożały, kosztują tyle co wczoraj i przedwczoraj.

 

Weszli do środka. Pierwsze, co rzuciło się wszystkim w oczy w sklepie  Hersza, to radosny nastrój panujący pośród wszelkiego towaru.

 

         Cała gromadka do sklepu wpadła

         i chociaż wewnątrz był gwar i zgiełk

         słyszeli tylko dwa kowadła

         które melodią spierały się.

         Ciżba i tłok w żelaznym sklepie,

         gruby dźwięk kłódek i cienki kos.

         Kłódki ze Świątnik, kosy zza Wiednia!

         Chłop gładzi kosę a baba? Baba łypie w bok.

         I zaraz oczy wybałusza

         na krasny czajnik!

         Co robi w sklepie? Za koguta!

         Dotarł do Hersza aż Olkusza!

         Cieszy się Maciek i Kowalowa!

         Cieszy się Szczepan. Dwóch Żydów – też!

         Też się cieszą oba kowadła! Waga tańczy!

         W sklepie żelaznym jest radośnie!

         Czajnik blaszany wiruje w oknie!

         Sagan z żelazkiem w duszy się śmieją!

 

         Rozmaite gadające Osobistości-Przedmioty próbowały przyciągnąć uwagę gromadki, a to głównie przez interesujące dyskusje prowadzone między sobą. Na trzeciej półce żelazko berlińskie kłóciło się ze szwajcarskim. W skrzyni na barwniki farba zielona spierała się z niebieską. A sagan w skrzynce ze świeżą dostawą gadał z emaliowanym niebieskim czajnikiem reklamującym się w oknie.

 

         Z naszej gromadki jedynie Maciek i Piękna Kowalowa czytali bajki Hansa Christiana Andersena i jego „Latający kufer”. Teraz mogli cieplej niż inni popatrzyć na te gadatliwe stworzenia. Spojrzeli na siebie porozumiewawczo. On Maciek i ona Piękna Kowalowa czuli i widzieli to samo. Czajnik piał i gwizdał, sagan parskał, a dusza żelazka natarczywie przekonywała papier szmerglowy, że jest czysta. Lecz przecież …

 

         Maciek i Szczepan! I Kowalowa!

         Szukają kowadeł! Uchem i wzrokiem!

         Połowę sukcesu odnieśli na razie.

         Wszak kowadło mają na widoku!

 

Więc Maciek jak szalony krzyczy do wszystkich.

 

         Jedno kowadło stoi na ladzie!

         Na nim przecinak i duży młotek!

 

         A Moszek zaraś głośno wyjaśnia.

 

         Hersz tu łańcuchy dla psów odcina!

         Potem na wagę kładzie z łoskotem

         i błyskawicznie w myślach przelicza

         długość na wagę, wagę na jajka!

 

         A na to i Szczepan ma coś ważnego do powiedzenia.

 

         Łokcie stawały się funtami,

         funty kilami, potem jajkami,

         śmietaną, kaszą lub ziemniakami.

         Raz tylko i przed wielu laty

         zdarzyło się u Hersza w sklepie,

         że ktoś zapłacił tu złotówkami.

 

         Kowadło stojące na ladzie stanowiło wyposażenie sklepu. Należało więc znaleźć jak najszybciej jeszcze jedno kowadło, takie, które było towarem sklepowym. Udało się to Pięknej Kowalowej. Stanęła przy żeliwnym piecyku, którym Hersz ogrzewał sklep zimą. 

 

         A gdzie tu stoi drugie kowadło?

         Zdaje mi się, że je słyszę!

         I już mi omdlewają nogi!.

         Gdzieś tu od pieca? Od podłogi?

         Jest! Jest na podłodze tu, obok pieca!

         Oplata je kolczasty drut!

         Że jeszcze żyje –- to jest cud!

         Gra –- bo odczuwa straszny ból!

         Och! Z drutu zaraz Cię rozplatam!

        

       Szczepan, Maciek, Piękna Kowalowa i Moszek będą i w następnym odcinku przekomarzać się jeszcze czas jakiś w sklepie żelaznym, bo i czas jakiś kupiec Hersz będzie tego popołudnia bardzo zajęty handlem. Lecz, gdy Hersz obsłuży już wszystkich klientów sprawa zaopatrzenia Maćka w kowadło nabierze realnych kształtów.

 

Stał tam też rządca z pobliskiego majątku, który przyjechał do miasteczka z dziedziczką i teraz razem mieli zajść do piwiarni Jaworskiego i w sali dla lepszych gości zjeść zamówiony obiad. Więc pośród kilkunastu furmanek stała i bryczka.

 

No bo teraz, jak kto pójdzie do wyszynku albo piwiarni w miasteczku, to nie ma gdzie furmanki zostawić. Zaraz zjawia się Pan Posterunkowy i jest pouczenie. Ale i grzywna!

 

Piękna Kowalowa w tym momencie niespodziewanie weszła do wanny wiedeńskiej stojącej na bruku przed sklepem.

 

Będzie miesiąc temu jak tu, na prowincję, Hersz sprowadził parostatkiem takie dwie eleganckie blaszane wanny. Z Warszawy, wprost ze znakomitej firmy „Dom i Sport”.

 

 

Jedną wannę kupił niedawno ksiądz proboszcz na plebanię w Krystynopolu.

 

Kupiec Hersz wyznawał dwie zasady. Pierwsza to, że wszelki towar żelazny oferowany w jego sklepie jest niezniszczalny, wiecznotrwały!

 

Druga zasada to, że tylko zabawa z użyciem rzeczy prawdziwych, dobrej jakości i niezawodnych sprawi, że tutejsze dzieci będą rozwijać się w prawdzie i miasteczko Krystynopol da temu światu wielkich ludzi. Hersz miał na myśli odkrywców, aktorki, generałów i poetki.

Głęboka wiedza towaroznawcza przekazana Herszowi przez ojca podczas codziennych wykładów i ćwiczeń w sklepie pozwalała po siedmiu latach nauki swobodnie poruszać się w każdym temacie od podłogi, aż po najwyższą półkę. 

 

Z Pierwszego Zjazdu Burmistrzów Maleńkich Miast nie zachowała się ani jedna fotografia. Pragnąc dać obraz bliski krystynopolskiemu przedstawiamy czytelnikowi zdjęcie z innego zjazdu, który odbył się mniej więcej w tym samym czasie, lecz we wschodniej części województwa lubelskiego. 

*Zb. MWL.

 

Na I Zjeździe Burmistrzów Maleńkich Miast Pan Burmistrz Krystynopola przechwalał się rynsztokami.

 

Goście mogli docenić rozsądek miejscowych władz i fachowość krystynopolskich brukarzy. Od samego ratusza i wojsławickiego podcienia, aż po ogrodzenie kościelne i domy wąwolnickie w dole rynku, rynsztoki natychmiast i zręcznie zbierały wodę z całego placu rynkowego.

 

Na uwagę burmistrza Ostrowa, że w czasie jarmarków albo innych przejazdów przez rynek w Krystynopolu zapewne wiele koni łamie sobie nogi na tych rynsztokach, burmistrz kazał magistrackiemu woźnemu natychmiast przyprowadzić pierwszego lepszego konia. Koń Abrama nie tylko nie złamał nogi na rynsztokach, ale z tymi klapami na oczach wystukiwał kopytami różne wesołe nutki piosenek.

 

        Cała gromadka do sklepu wpadła

         i chociaż wewnątrz był gwar i zgiełk

         słyszeli tylko dwa kowadła,

         które melodią spierały się.

         Maciek i Szczepan! I Kowalowa!

         Jedno kowadło stoi na ladzie!

         Na nim przecinak i duży młotek!

         Hersz tu łańcuchy dla psów odcina!

         Potem na wagę kładzie z łoskotem

 

          A gdzie tu stoi drugie kowadło?

         Zdaje mi się, że je słyszę!

         I już mi omdlewają nogi!.

         Gdzieś tu od pieca? Od podłogi?

         Jest! Jest na podłodze tu, obok pieca!

         Oplata je kolczasty drut!

         Że jeszcze żyje –- to jest cud!

         Gra –- bo odczuwa straszny ból!

         Och! Z drutu zaraz Cię rozplatam!

 

Fot. (1-3, 5-8, 10-12) K. Wasilczyk

 

Odc. 17

 

A więc jest kowadło na sprzedaż! Jak do tego doszło? Pamiętacie? Najpierw Moszek wczesnym rankiem przybył do gospodarstwa Szczepana na Wyżynie, potem on i Szczepan z synem Maciejem podjęli wspólną wyprawę do kuźni Jędrzeja do wsi Roztocze. Następnie już w towarzystwie Pięknej Kowalowej dotarli do miasteczka Krystynopol, do sklepu żelaznego Hersza.

Około południa Kowalowa na wiele godzin zostawiła męża, lecz nie opuściła spraw kuźni. Teraz zerkając ukradkiem na rozszerzone źrenice Maćka, Piękna delikatnie odplatała kowadło ze zwojów drutu kolczastego, który obsunął się
z półki wprost na oba rogi narzędzia.

 

         Jest! Jest na podłodze tu, obok pieca!

         Oplata je kolczasty drut!

         Że jeszcze żyje –- to jest cud!

         Gra –- bo odczuwa straszny ból!

         Och! Z drutu zaraz Cię rozplatam!

 

Tak daleko posunięta troska o kowadło, zadziwiła nawet Moszka. Wprawdzie jak dotąd, to był zwykły próżniak stojący sobie przez długie lata na półce, ale z drugiej strony jeden z największych twardzieli w sklepie Hersza, który – mawiał wieczorami do Kowadła Pracowitego – że nie będzie pracował dla byle kogo.

 

– Szanowna Pani Kowalowa, to ceregieli się z tym kowadłem jak z młodym byczkiem na dworskim pastwisku.

 

Wiadomo było powszechnie, że w najbliższej okolicy Krystynopola tylko dworskie pastwiska ogrodzone były takim drutem z zadziorami. Jak folwarczny pastuch był głupi, albo nie miał serca, to nieraz bydło wracało wieczorem z krwawiącym łbem, albo ciągnęło za sobą po piachu dwułokciowy kawałek drutu kolczatego wbity w róg.

Moszek kucnął przy kowadle, pogładził dłonią bitnię, a potem miękko przeciągnął dłonią po obu rogach i tak zagadał.

 

         Piękniś z wdzięczności piękniej gra!

         Gra jak najlepiej. Jutro powiedzą mu – Pa! Pa!

         Żegnaj! Żegnaj! Żelazny sklepie!

         Było na półce, lecz z półki spadło.

 

Później przełożył ręce pod rogi i chciał podnieść je lekko jak ofiarną owieczkę. Kowadło ani drgnęło, tylko drewniana podłoga zaskrzypiała pod moszkowymi butami. Może Moszek rzeczywiście ciężarowi nie sprostał, a może zręcznie udawał, wyolbrzymiając przed gromadką wagę kowadła. Ostatecznie zrezygnował z przesunięcia narzędzia, tłumacząc się Kowalowej.            

        

         Bo to najcięższe jest kowadło

         na całym świecie!

        

W tamtych czasach kwestia, co i ile waży była jedną z najistotniejszych w codziennym życiu i handlu na głębokiej prowincji. Ale w miasteczku, tym bardziej na wsi, dobrej legalizowanej wagi zwykle ludzie nie mieli pod ręką. Bywało więc, że dawano sobie spokój z wyprawą do sklepu spółdzielczego, albo do młyna, gdzie takie uczciwe wagi były. Rezygnowano ze sprawdzenia rzeczywistego ciężaru i zawierano szczerze przyklepywaną ugodę. Gdyby tak sobie wtedy nie zaufali i gdyby tak chcieli ważyć złom Szczepana i w sklepie i we młynie, wszystko potoczyłoby się inaczej. Przecież kowal Jędrzej zamknąłby kuźnię i poszedłby na drugi kraniec wsi Roztocze, aby uciąć sobie popołudniową rozmowę z powroźnikiem Wincentym. A Hersz? Też bardzo późnym wieczorem, już w blasku nadrynkowego księżyca, musiałby zamknąć swój sklep w Krystynopolu, aby wymęczony przez klientów towar zdrzemnął się, choć parę godzin do świtu. A tak nasza gromadka wszędzie tego dnia zdążyła. Dzięki wzajemnemu zaufaniu są już w sklepie Hersza, razem – z Moszek, Szczepan, Maciek i Piękna Kowalowa, która teraz odrymowała Moszkowi, co do wagi kowadła.   

        

         Bo to najcięższe jest kowadło

         na całym świecie!

         A już na pewno w naszym powiecie!

        

Tu swoje trzy grosze wtrącił też Szczepan.

 

         Większe widziałem pod Radzyniem!

 

Moszek nadal bronił słusznej postury herszowego towaru.

 

         No dobra! Pewnie największe w naszej gminie?

 

I co usłyszał od Pięknej Kowalowej?        

 

         Większe kowadło ma mąż mój Jędrzej!

 

Kowalowa zmuszona był bronić realiów i przyzwoitości. Pragnęła gorąco, aby wreszcie oba kowadła stanęły na solidnych pniach obok siebie w roztoczańskiej kuźni, i by spór nie przeniósł się dalej do kuźni Jędrzeja, gdy mistrz i czeladnik staną naprzeciw siebie.

 

Tymczasem Maciej już brał pod bary Piękne Kowadło, które oderwało się od ziemi i teraz nisko nad podłogą kołysało się w ramionach czeladnika. Zamierzał za moment przenieść je na pomost wagi dziesiętnej „W. Hessa” stojącej tuż obok i ogłosić wynik. Domyślając się co Maciek zamierza zrobić, Moszek błyskawicznie położył dłoń na bitni kowadła i przycisnął je tak, że narzędzie z powrotem wylądowało w swoim dawnym miejscu. Po czym zwrócił się, trochę do Kowalowej, trochę do Maćka.

 

         Nu tak. Nie może mięć czeladnik większe

         kowadło! Od majstra, mistrza, chłopa i męża!

         Z czasem pokochasz małe kowadło

         i podziękujesz na mszy Bogu,

         że się zjawiło na twoim progu!

         I z woli Moszka –- z nieba ci spadło!

 

Na to odezwał się Szczepan – już zaniepokojony. No bo czas leci, a jak dotąd, nie doszło do żadnego kontaktu między właścicielem sklepu, zajętym liczną klientelą, a naszą gromadką, zaabsorbowaną kowadłem, którego właścicielem nadal pozostawał Hersz.

 

         Łoj! Chyba z półki, a nie z nieba!

         Gdzie Hersz? Bo nam teraz Hersza trzeba!

 

Moszek niezwłocznie wyjaśnił Szczepanowi.

 

         Pełno towaru! I pełno Hersza!

         Czasem coś z półki chłopom sprzedaje

 

Co na to Szczepan?

        

         lecz głównie dobre rady daje!

 

Lecz Moszek nadal wychwalał Hersza

 

         Jeśli szukają wyrobów ze stali

         krzyczy by inne sklepy mijali!

         By omijali sklepy inne

         nawet, jeżeli dłużej są czynne!

 

Na trzeciej półce, tuż przy oknie, leżały lemiesze. Hersz prowadził też branżę budowlaną, szczególnie zaś cement, kafle i farby. Pięciokomorowa drewniana skrzynia na barwniki miała stale odchylone pokrywy i teraz Moszek wepchnął palec wskazujący, głęboko w barwnik czerwony. Drugą ręką wziął z półki lemiesz i przeciągnął zabarwionym czerwonym, spoconym palcem po ostrzu tak, że Maciek i Piękna Kowalowa byli pod wrażeniem bolesnego, krwawego eksperymentu i widowiska.

 

         Ot! Weźmy takie sprawy rolne!

         Lemiesz, co orze

         ale i tnie kamienie polne!

         Tylko u Herszka jest w kantorze!

 

W ludowym teatrze amatorskim w Krystynopolu, wszystko było umowne. Publiczność najpierw pękała ze śmiechu patrząc na ucharakteryzowane twarze aktorów. Ale już po pierwszym dzwonku mocno wierzyła w to, co tworzyło wyobrażenie scenicznej rzeczywistości, po prostu w to, co widziała i słyszała. Policzki zabarwione burakiem, brwi mocno nadrysowane nadpalonym korkiem, broda, wąsy i fryzury z wyczesanego lnu – Piękna Kowalowa pomyślała, że Maciek wprowadzony przez nią do wilkowskiej świetlicy szybko pozna to wszystko i pokocha. Zaś w debiucie w „Sadze o Józku Drzewieniu|” zagra z nią partię entuzjastycznie przyjętą przez krystynopolską publiczność.

Fantazją domokrążcy mniej urzeczony był Szczepan, który odciął się Moszkowi.

        

         Lemiesz, co tnie kamienie polne!

         I trochę przy okazji… … orze!

         Tylko u Hersza jest w kantorze!

        

Minie jeszcze kilkadziesiąt minut zanim Hersz zauważy obecność naszej gromadki w swoim sklepie. Tylko niesłychanym nawałem pracy można tłumaczyć, że kupiec ten nie zauważył kobiecych dłoni wplecionych w zwój kolczastego drutu, że nie dosłyszał podjętej przez Maćka próby przestawienia kowadła na wagę dziesiętną, że nie zobaczył grzebania wilgotnym palcem w czerwonym barwniku. Wreszcie uszła jego uwadze niemal kradzież lemiesza
z półki przy oknie.

 

Ponieważ w następnym odcinku będziemy obserwować Hersza podczas intensywnej pracy, przedstawię teraz kilku jego klientów z tych kilkudziesięciu minut, gdy już nasza gromadka znajdowała się w sklepie. Cofnijmy się o kilka godzin i zajrzyjmy do pięciu miejsc – w Krystynopolu i w okolicznych wsiach, gdzie dojrzewały decyzje o udaniu się możliwie najszybciej właśnie do sklepu Hersza celem załatwienia sprawy. 

 

We wsi Wyżyna, siedem zagród za Szczepanem, mieszka Maciej z żoną Marianną. Są rok po ślubie. I wprawdzie gospodarują już na swoim – mają  własne pole, sad i kawałek lasu, lecz mieszkają w alkierzu przy rodzicach Marianny. Już w kilka dni po weselu, w wąskim „walkierzu” Maciej wylepił palenisko przykryte dwuotworową płytą. Mogą więc gotować osobno. Mają już własny czajnik blaszany, emaliowany, wanienkę i blaszana tarę, jednakże wciąż jeszcze zmuszeni są pożyczać niektóre statki od rodziców. Najbardziej kłopotliwe jest proszenie o użyczenie żelazka na węgle. Już wiemy, że we wsi Wyżyna prądu „nie ma i nie będzie”. Matka zdejmuje żelazko z ogrzewalnika i wręcza Mariannie z wielkim nabożeństwem.

 

– Tylko uważaj jak prasujesz tym moim śwajcarskim, żeby ci iskierki na prasowane nie upadły. Tylko uważaj, moja ty synowo.

– Koniec tych rad! – szepnęła Marianna. I położyła dłoń na piersi Macieja, a małżonek przełożył przez szyję rzemyk skórzanej sakiewki, którą teraz delikatnie podłożył pod palce niewiasty.

– Koniec tych rad! – odszeptał Maciek.

Oboje zamierzają udać się wozem do Krystynopola do sklepu żelaznego Hersza. Tam zakupią wymarzone żelazko. Powiem inaczej – bez żelazka to oni już do swojego alkierza nie wrócą.

 

Jak wiemy, że w Krystynopolu i po sąsiednich miasteczkach mieszka dużo utalentowanych rzeźbiarzy i poetów. Ale już za Wisłą, na drugim brzegu, spotyka się mniej ludzi utalentowanych artystycznie, za to mających smykałkę do techniki. W Krystynopolu wiersze pisze Marianna, córka wozaka. W Kocku znacznie od niej młodsza Hania, córka organisty. Dziewczyna przed rokiem zapoznała Janka z Krystynopola. Zapoznała? Nie, wy-lo-so-wa-ła! To był najlepszy żart tamtejszych strażaków.

 

Oto Straż organizuje loterie fantową. Na co zbierają pieniądze? Aby wreszcie dokończyć sprawę zakupu super wydajnej motopompy „Leopoldia” z fabryki w samym Lwowie. Komitet zbiera fanty. Są gołębie, worek ziemniaków, dziesięć kogutów, cukiernica wytoczona z drewna lipowego, skrzynka jabłek, pasta do butów „Dobrolin”, kawa zbożowa „Enrillo”. Zarządca majątku daje barana, a dziedziczka egzotyczne kwiaty w doniczkach. Setki, prawie tysiąc fantów! I losy, prawie tysiąc losów! Wśród nich jeden, żartem dołączony. Ale z fantem! I kiedy na rynku w Kocku strażak przechodził obok Hanny z mosiężnym hełmem pełnym losów i zatrzymał się przy niej, ona postanowiła raz zagrać. Daje 10 groszy, rozwija papierek, a na losie napisane „Janek z Krystynopola”. Myśli sobie Hania, że to jakiś gołąbek ma takie imię, albo kogucik. Strażacy już wiedzą, co wylosowała i prowadzą ją dostojnie, jak jaką kocką dziedziczkę, do fantów rozłożonych na rynku. Dziesiątki klatek na drób i króliki, baran szarpiący się, ale krótko przywiązany powrozem do koniowiązu. W glazurowanych donicach kwiatów kwitnących, przekwitłych i kwitnąć zaraz mających więcej niż na dworskim gazonie. Ozdobą tych wszystkich fantów dziewczyny w sukienkach i kostiumach wprost z katalogów domu towarowego Braci Jabłkowskich w Warszawie, ale szytych przez miejscowych kockich krawców. Składowisko rożności, a wśród nich krzesło wiedeńskie, a na nim siedzi kawaler jak malowany, Janek z Krystynopola.

– To twoja wygrana!   

Hania uwierzyła i już nic w swoim życiu nie chciała zmienić.

Stara Kotowa, babka Janka, zamówiła u Hersza prezent ślubny. Właśnie dziś wybiera się zakupić czajnik blaszany emaliowany w jego sklepie żelaznym w Krystynopolu. .

 

Jan jest rolnikiem zamieszkałym z dziada pradziada w Krystynopolu. Zdarza się, że o takich mówi się jeszcze „mieszczanin-rolnik”. We wschodniej części miasteczka, tuż za wielkimi przyrynkowymi domami Żydów, na maleńkiej parceli mieści się ledwie chałupa, stajenka, a w samym rogu działki sławojka. Wiec Jan, tak jak jego pradziad, stodołę ma, no jakżeby inaczej, w innej części miasteczka – przy ulicy Stodolnej. Teraz wybiera się do sklepu żelaznego Hersza, aby zakupić kosę. Ubiegłoroczna kosa zrobiła się już wąska jak źdźbło trawy, trzeba więc zakupić nową.

Tak jak i w ubiegłym roku i tak jak od lat, jak ojciec i dziad, zamierza nabyć austriacką kosę z armatą wybitą na piętce. O żadnej innej nie chce słyszeć!

 

Dyzma, chłop z Koloni Wyżyna potrzebuje nowego lemiesza. Czy kamieniste pole na ziemiach rozparcelowanych z majątku Raciszewskich jest karą za jego grzechy, za charakter, za złe myśli? Za bicie konia batem, aż do krwi, za pijaństwo, za nieposyłanie dzieci do szkoły, za podkradanie sąsiadom kur i desek? Dyzma zamierza ukraść lemiesz w sklepie Hersza. Z Kolonii Wyżyna do Krystynopola jest jakieś dwanaście wiorst. Teraz – nasz „gospodarz” – nazwijmy go, ale przecież nie powinniśmy go aż tak dobrze nazywać, zaprzęga konia i przemyśliwuje ostatnie szczegóły kradzieży. Koń złowrogo parska, odwraca łeb, chce coś powiedzieć Dyzmie. Ale ten już postanowił, co i jak! Ma już na sobie trzy największe lniane koszulę. Każdą osobno przepasał powrozem. Wejdzie do sklepu. Jak rozezna się zobaczy, że Hersz i Rywka są mocno zajęci powie głośno

 

– Dać mi lemiesz!

A potem sam podejdzie do półki. Weźmie dwa lemiesze. Jeden od razu szybko schowa pod drugą koszulę, drugi będzie trzymał w ręku i tylko za ten jeden zapłaci. Wyjdzie ze sklepu. Pierwszy lemiesz schowa w słomę, a drugi niech sobie leży na wozie na widoku.  

 

Tego wieczora do sklepu żelaznego Hersza zajrzy również Marianna, córka wozaka, zamieszkała w Krystynopolu przy ulicy Krótkiej. Może Czytelnik akurat pamięta odcinek powieści, w której opisuję jak panna ta, po wyczerpaniu wszystkich możliwości uprasowania bluzki tradycyjnymi żelazkami, udaje się do sklepu siostrzeńca, czyli właśnie Hersza. Pożycza od niego żelazko elektryczne. Wraca do domu i spod sufitowej lampy – emaliowanego daszka wykręca 40 watową żarówkę. Następnie nielegalnie w oprawę wkręca złodziejkę. Prasuje, czerpiąc przy tym mnóstwo energii elektrycznej. Aż za dużo Wattów! Wiec po chwili miasteczkowa sieć nie wytrzymuje takiego poboru, a Warszawiak – monter z młyna nad Brewką od razu trafia pod właściwy adres i interweniuje całym męskim sercem.

     

   

A więc jest kowadło na sprzedaż! Jak do tego doszło? Pamiętacie? Najpierw Moszek wczesnym rankiem przybył do gospodarstwa Szczepana na Wyżynie …

 

Około południa Kowalowa na wiele godzin zostawiła męża, lecz nie opuściła spraw kuźni. Teraz zerkając ukradkiem na rozszerzone źrenice Maćka, Piękna delikatnie odplatała kowadło ze zwojów drutu kolczastego, który obsunął się z półki wprost na rogi narzędzia.

 

Szanowna Pani Kowalowa, to ceregieli się z tym kowadłem jak z młodym byczkiem na dworskim pastwisku. Wiadomo było powszechnie, że w najbliższej okolicy Krystynopola tylko dworskie pastwiska ogrodzone były takim drutem z zadziorami.

 

Reprod z: Krzysztof Brun i Syn …, Warszawa. Drut Kolczaty na parkany, b.d. przeł. XIX/XX w.

 

A Hersz? Bardzo późnym wieczorem, już w blasku nadrynkowego księżyca, musiałby zamknąć swój sklep w Krystynopolu, aby wymęczony przez klientów towar zdrzemnął się, choć parę godzin do świtu.

 

Mapa pow. puławskiego.

Reprod z: J.M. Bazewicz, Atlas geograficzny ilustrowany Królestwa Polskiego, Warszawa 1907. 

 

Tymczasem Maciej już brał pod bary Piękne Kowadło, które oderwało się od ziemi i teraz nisko nad podłogą kołysało się w ramionach czeladnika. Zamierzał za moment przenieść je na pomost wagi dziesiętnej „W. Hessa” stojącej tuż obok i ogłosić wynik.

 

W ludowym teatrze amatorskim w Krystynopolu, wszystko było umowne. Publiczność najpierw pękała ze śmiechu patrząc na ucharakteryzowane twarze aktorów …

 

Ale już po pierwszym dzwonku, publiczność mocno wierzyła w to, co tworzyło wyobrażenie scenicznej rzeczywistości, po prostu w to co widziała i słyszała. Policzki zabarwione burakiem, brwi mocno nadrysowane nadpalonym korkiem, broda, wąsy  i fryzury z wyczesanego lnu.

 

Piękna Kowalowa wierzyła, że w debiucie w „Sadze o Józku Drzewieniu” Maciek zagra z nią partię entuzjastycznie przyjętą przez krystynopolską publiczność.

 

Jak wiemy, że w Krystynopolu i po sąsiednich miasteczkach mieszka dużo utalentowanych rzeźbiarzy i poetów. Ale już za Wisłą, na drugim brzegu, spotyka się ludzi mających wielką smykałkę do techniki. Wiatraki w Muzeum Wsi Radomskiej.

Reprod. z: Polska Niepodległa.pl.

 

I kiedy na rynku w Kocku strażak przechodził obok Hanny z mosiężnym hełmem pełnym losów i zatrzymał się przy niej, ona postanowiła raz zagrać.

 

Ozdobą tych wszystkich fantów – dziewczyny w sukienkach i kostiumach jakby wprost z katalogów domu towarowego Braci Jabłkowskich w Warszawie, ale pospiesznie szytych w ostatnich dniach przez najlepszych kockich krawców.

 

Stara Kotowa, babka Janka, zamówiła u Hersza prezent ślubny. Właśnie dziś wybiera się zakupić czajnik blaszany emaliowany w jego sklepie żelaznym w Krystynopolu.

 

Wiec Jan, tak jak jego pradziad, stodołę ma, no jakżeby inaczej, w innej części miasteczka – przy ulicy Stodolnej.

 

Tak jak i w ubiegłym roku i tak jak od lat, jak ojciec i dziad, zamierza nabyć austriacką kosę z armatą wybitą na piętce. O żadnej innej nie chce słyszeć!

Dyzma, chłop z Kolonii Wyżyna potrzebuje nowego lemiesza. Teraz – nasz „gospodarz” – nazwijmy go, ale przecież nie powinniśmy go aż tak dobrze nazywać, przemyśliwuje ostatnie szczegóły kradzieży lemiesza ze sklepu żelaznego Hersza.

 

Jak rozezna się zobaczy, że Hersz i Rywka są mocno zajęci powie głośno.

– Dać mi lemiesz!

A potem sam podejdzie do półki. Weźmie dwa lemiesze. Jeden od razu szybko schowa pod drugą koszulę, drugi będzie trzymał w ręku i tylko za ten jeden zapłaci.

 

Fot. (nr 1-2, 4, 6-9, 11-17) K. Wasilczyk

 

 

 

Odc. 18

Pamiętacie listonosza, który przyniósł Mariannie, córce wozaka, list Montera-Warszawiaka wyrażający podziw i zapraszający ją na wieczorne rendez-vous.  Kilkanaście minut później listonosz ten zapukał w szklaną szybkę w drzwiach sklepu Hersza i wręczył mu paczkę nadaną w Norymberdze. Ważyła jakieś 3 i pół funta.

         Hersz Libhaber nie spodziewał się przesyłki z Niemiec. Owszem, miał trochę niemieckiego towaru w sklepie. Przyrządy pomiarowe, kilka specjalistycznych narzędzi, których od lat żaden rzemieślnik w Krystynopolu jeszcze nie potrzebował. Ale jak każdy miasteczkowy kupiec, Hersz nie sprowadzał towaru bezpośrednio z zagranicy, lecz pozyskiwał go z hurtowni w Lublinie, Warszawie i Lwowie. Dawniej częściej kupował bezpośrednio w fabrykach, ale wyłącznie polskich. Lecz koszty takich dostaw okazały się zbyt wysokie na chudą sakiewkę miasteczkowego kupca.

         Hersz ostrożnie rozpakował paczkę. W środku była książka w oprawie z jasnoniebieskiego płótna. Wyciśnięte złote litery: Adolf Holzborn, niżej tytuł „Eisenwarenhandel” i miejsce wydania – Nordhausen am Harz. W Krystynopolu tego dnia nie było targu i na rynku dzieci bawiły się w ułanów. Kolejne szwadrony przeprawiały się przez centralny rynsztok, a jakiś mały rotmistrz raz po raz krzyczał – Idziemy za Olzę!

         W ciągu ostatniej godziny nikt nie zajrzał do sklepu żelaznego, więc kupiec mógł spokojnie przekartkować dzieło, a potem, jeśli klientów nadal nie będzie, nawet rozczytać się na dobre. Hersz, jak wielu poważnych Żydów, dobrze znał niemiecki. Musiał znać ten język, ponieważ wiele niemieckich nazw towarów wciąż było w obiegu. Wprawdzie w Polsce dużo mówiono o potrzebie urzędowego zastąpienia ich terminami polskimi, ale większość rzemieślników i kupców posługiwało się nazewnictwem niemieckim. Przeważało. Ba! Było one wyłącznie stosowane. Jakże taki kupiec mógłby się porozumieć ze stolarzem z Krystynopola, gdyby powiedział: „strug bocznik” zamiast „Wandhebel”, albo „kątownik” zamiast „Winkiel”. Jakże sprzedałby narzędzia kowalom z Wyżyny, albo Roztocza, którzy chcieliby wyposażyć czeladnika w „Forszlaghamer”, albo „Kreuzszlaghamer”? Jak by to było, gdyby zaczął ich poprawiać mówiąc.

         – Szanownemu Panu chodzi zapewne o „młot przybijak”, a Panu o „młot poprzecznik”.

         Wertując książkę Hersz zwrócił uwagę na szczegółowe, wręcz drobiazgowe potraktowanie towarów. Mistrzostwo Świata! Na tysiącu i jeszcze stu stronach wyłuszczono towaroznawstwo wszelkich wyrobów żelaznych: artykuły dla budownictwa, rolnictwa, narzędzia dla rzemiosła, broń, wagi, zegary, piece. Gospodarstwo domowe potraktowano szerzej prezentując obok wyrobów metalowych także porcelanę, a nawet sprzęty drewniane. Było tu dosłownie wszystko! Kupiec dobrze pamiętał. Miał w ręku już tę książkę u znajomego hurtownika w Lublinie, w „Stalpolu” na Nowej. Przed z górą dziesięciu laty dostał przez Abrama karteczkę.

         „Szanowny Panie Libhaber! Dziwię się bardzo Szanowny Pan nie był      przed świętami, mam bardzo ładne towary. Chwilowo rondli żeliwnych    emaliowanych od nr 4 do 9 brakuje. Życzę P. wesołych Świąt  poważaniem.

         P.S. Kuzyn mój Pinkas, który ma duży sklep żelazny w Norymberdze      przesłał mi piękną książkę, towaroznawstwo żelazne Holzborna. Już   myślę, żeby zrobić dla Szanownego Pana miejsce w moim kantorku na parę godzin celem uważnego zapoznania się z książką.”

         Z poważaniem

         M.A. Lubliner”     

         Hersz podręczników towaroznawstwa tak naprawdę nie potrzebował. Swoją wiedzę dostał przed laty w jednym pakiecie od ojca. Ojcu na imię było Lejb. Z wyjątkiem godzin szabatu, dzień po dniu siedząc na wąskiej i krótkiej ławeczce, albo stojąc tuż przy ojcu słuchał uważnie i brał w rękę każdy towar. Razem studiowali też wyposażenie sklepu. Najdłuższe wykłady odbywały się w niedzielę. Sklep żelazny musiał być wówczas zamknięty, bo już wtedy obowiązywała ustawa o dniu świętym. Krystynopol własnego posterunku nie miał i co trzecią niedzielę, a czasem i niespodziewanie częściej, przyjeżdżał na rowerze Pan Posterunkowy z sąsiedniego miasteczka. W samo południe w kościele Ksiądz Proboszcz odprawiał nabożeństwo, a Pan Posterunkowy kręcił się po rynku i wypatrywał czy któryś sklep żelazny, bławatny, albo z obuwiem gotowym nie jest otwarty. Wszystkie te sklepy należały do Żydów i w wielu z nich toczyła się nauka towaroznawstwa. Oczywiście, wówczas wiele drzwi pod szyldami było otwartych. A dlatego, że to właśnie przez sklep prowadziły drzwi do mieszkań. Raz po raz ktoś wchodził i wychodził przez takie drzwi raz z pakunkiem, raz bez pakunku i Panu Posterunkowemu trudno było ustalić, czy akurat handel jest prowadzony, czy to tylko jakiś kuzyn przyszedł kuzyna odwiedzić i wtedy dostał coś w prezencie z mieszkania, albo ze sklepu.

         – Każde takie mieszkanie ma drzwi wejściowe od podwórka, albo ze wspólnej sieni! Dlaczego więc w niedzielę wchodzicie właśnie przez sklep? – pytał Pan Posterunkowy.

         – Drzwi od podwórka są akurat zepsute, a w niedzielę stolarzom w Krystynopolu nie wolno pracować. Panie Posterunkowy w poniedziałek naprawimy. Panie Posterunkowy naprawimy! – odpowiadali kupcy i ich żony.    

         W czasie lekcji towaroznawstwa stary Lejb nigdy nie zamykał okiennic, tak, że ostre niedzielne słońce wpadało do środka sklepu i olśniewało powierzchnię naczyń emaliowanych, rozbłyskało na skrzydłach nietoperzy wytłoczonych na grubych szkłach lamp stajennych. W tamtych latach Posterunkowy zostawiał rower przy sklepie Lejba. I to akurat tak przypadkowo, a może i zmyślnie, że zawsze Hersz i jego ojciec mieli w oknie połowę kierownicy. Lejb wiedział, że gdyby ktoś ukradł rower, on jeden byłby pierwszą osobą wypytywaną o sprawcę, a nawet mógłby być podejrzany o ukrywanie nazwiska złodzieja. Tym bardziej, że znał wszystkich w miasteczku, a nawet w całej krystynopolskiej gminie wiejskiej. Znał też wielu ludzi z miejscowości położnych po drugiej stronie Wisły. Lejb i Hersz zerkali od czasu do czasu w okno i patrzyli czy celuloidowa rączka kierownicy i sama kierownica są nadal na swoim miejscu.       

         Nie było też sensu grzebać w takich wielkich i nowoczesnych poradnikach jak „Eisenwarenhandel”. Nie było takiej potrzeby, aby wyszukiwać w nich, albo w katalogach fabrycznych, nowoczesnych wyrobów, aby następnie sprowadzać je pospiesznie do Krystynopola. Dlaczego? Ponieważ w miasteczku nie było wodociągów, kanalizacji (z wyjątkiem fantastycznych rynsztoków), a prąd z młyna docierał dopiero o zmierzchu. Okna w Krystynopolu były niewielkie, izby przeważnie wąskie, komory niskie, piece z drewnianymi kapami i bez duchówek. Sagany w Krystynopolu i sąsiednich miasteczkach miały drewniane pokrywki, zaś nieliczne ustępy znajdowały się na podwórkach. Te sławojki nie posiadały metalowych klamek i, przeważnie, choćby drucianych haczyków.

         Hersz miał już za sobą kilka takich prób wprowadzenia w swoim miasteczku nowinek. Kiedyś w oknie od ulicy Głuskiej wstawił odkurzacz Siemensa i pracującą nim sylwetę nowoczesnej Krystynopolanki. Postać tą wycięła z kartonu i podkolorowała Marianna, córka wozaka. Aby zmienić dekorację Hersz zdjął wiszący w oknie, radośnie rozkołysany blaszany czajnik z niebieską emalią i wstawił go na półkę. Nie minęły więcej jak dwa cotygodniowe targi i jeden jarmark, a już przekonał się o swoim błędzie! Błędzie, który przyniósł fatalne skutki finansowe dla sklepu! Kiedy w Krystynopolu furmanki wjeżdżały na plac targowy z ulicy Głuskiej, to koń zawsze skręcał na lewo. A baba? Siedziała obok męża po jego prawej stronie i zawsze widziała okno sklepu Hersza i wybałuszała oczy na piękny czajnik. Potem wiele gospodyń schodziło z rynku wcześniej, albo pod koniec targu i kupowało taki czajnik, myśląc, że w Krystynopolu to ostatni egzemplarz został wystawiony na sprzedaż. Lecz po zmianie witryny na reklamę odkurzacza Siemensa rychło interes Hersza przejęły inne sklepy żelazne. Kupiec machnął ręką. Zwrócił odkurzacz do hurtowni Elektropol w Lublinie, która mieściła się przy ulicy Lubartowskiej. I zawiesił w oknie, jak dawniej, ten sam czajnik z Olkusza. W Krystynopolu nie było amatorów na wyszukane nowinki. Było za to dużo chętnych na niższe ceny.

         Hersz przypomniał sobie, że tamta książka, którą czytał przed laty w kantorze Lublinera na Nowej oprawiona była w bordowe płótno. Ta miała okładkę w płótno niebieskie. Przekartkował pierwsze strony dzieła: „Zweite auflage”. Drugie wydanie. Faktycznie, było to drugie wydanie. Wydanie drugie rozpoczynała maksyma.

         „Im Staat gibt es nur ein einziges höchstes Bürgerrecht und eine einzige   höchste Bürgerehre: das ist das Recht und die Ehre ehrlicher Arbeit”. I podpis: „Adolf Hitler”.

         Przetłumaczył sobie na jidysz.

         „Istnieje tylko jedno najwyższe prawo obywatelskie i jedno najwyższe w państwie obywatelstwo: to prawo i honor uczciwej pracy”. I podpis: „Adolf Hitler”.

         Hersz wiedział, że kuzyn Lublinera, Pinkas, został niedawno ciężko pobity przed swoim sklepem żelaznym w Norymberdze i ledwo zdołał uciec z Niemiec z rodziną. Nim przekroczył zachodnią granicę III Rzeszy, ten sklep już przeszedł w czysto aryjskie ręce.

         – To może i dobrze, że ten nasz maciupki Krystynopol nie chce być nowoczesny, i że ludzie wolą tu niebieskie czajniki z Olkusza od warczących odkurzaczy i lodowatych lodówek Siemensa.   

         Herszowi motto Hitlera brzmiało obco. Nie przypominało trafnych, zostających na zawsze w głowie, a często i chwytających za serce sentencji cadyków z okolicznych miasteczek, lecz bezwzględnie stawiało duszę na baczność! I w takiej pozycji duszę trzymało aż do końca! O nie! No i nagle przypomniał sobie słowa Menachema Mendla Morgenszterna.

         – W miasteczku Krystynopol, tak jak i w mieście Kock, ludzie mają duszę, a nie zegarek!

         Hersz natychmiast postanowił pozbyć się z domu i ze sklepu motta Adolfa Hitlera i całego poradnika Adofa Holzborna. Jak? Zaraz zamknął sklep. I teraz niesie książkę nauczycielstwu do biblioteki szkolnej w Krystynopolu. Drewniany budynek szkoły, pamiętający jeszcze dawne czasy carskie, stoi niedaleko rynku przy ulicy Głuskiej. Jest połączony ze sklepem Hersza pięknym chodnikiem ułożonym z betonowych płyt.

         Kierownika Zawodzińskiego, który uczył w szkole wraz z żoną i panią Wandą, nauczycielką nasiedloną z Galicji, zastał na przerwie w jego mieszkaniu. Właśnie słuchał radia. Olbrzymia bateria „Centra” stała na podłodze przed plikiem naściennych tablic dydaktycznych z blisko tysiącletniej historii Polski. Kierownik szkoły i kupiec żelazny, jak wszyscy w Krystynopolu, trochę już się znali. Zawodziński miał za złe Libhaberowi, że pozwala przesiadywać u siebie wagarowiczom, szczególnie Maćkowi z Wyżyny. I że z tego uczniom kupca zostają w głowie różne niemieckie nazwy towarów. Słyszał też, że Libhaber mówi do klientów wierszem i nawet wybierał się do jego sklepu, koniecznie w dzień targowy, żeby ocenić jakość tej rymowanej gadaniny. Wprawdzie Zawodziński znał niemiecki równie dobrze jak kupiec Hersz, lecz był wielkim miłośnikiem przedmiotów humanistycznych i nieprzypadkowo głównym reżyserem sztuczek w teatrze amatorskim w wilkowskiej remizie. Teraz kierownikowi szkoły przeszło przez myśl, czy nie powitać Libhabera słowami.

         – Dzień Dobry, Panie …  Leśmian.

         Lecz zaraz uznał ten pomysł za niedoskonały i tylko uprzejmie przywitał się z kupcem, podziękował za dar dla szkoły i bez kartkowania od razu wstawił „Eisenwarenhandel” Adolfa Holzborna z mottem Adolfa Hitlera na półkę obok „Placówki” Bolesława Prusa. Dodajmy jeszcze, że Biblioteka Szkoły Powszechnej w Krystynopolu zawsze mieściła się w Służbowym Mieszkaniu Kierownika Szkoły.  

Kilka godzin później Hersz na oczach naszej gromadki obsługiwał klientów, opisanych w poprzednim odcinku powieści. Co widzimy? Oto do lady w sklepie żelaznym dopchali się Maciej z żoną Marianną. Macieje mieszkają  we wsi Wyżyna, będzie siedem zagród za Szczepanem. W sklepie kręcili się już od dłuższego czasu. Hersz musiał zauważyć, że interesują ich wyłącznie żelazka. W sklepie był zawsze duży wybór żelazek: szwajcarskie, czeskie, berlińskie czarne i niklowane. Były nawet żelazka elektryczne dla odbiorców prądu, którzy w maleńkim i biednym Krystynopolu posiadali liczniki energii elektrycznej. Hersz przesunął się za ladą. Tak, że stojąc teraz naprzeciw Macieja i Marianny mógł, co chwila prawą ręką wskazywać w trzecim segmencie sklepowych regałów na trzecią półkę zastawioną  rozmaitymi żelazkami.

 

No to już wiem, że Goście mili

na dobry towar mają dziś chęć!

Bo, aż z Wyżyny do mnie przybyli

mijając gorszych sklepów pięć!

 

Na trzeciej półce mam żelazka!

A jedno lepsze od drugiego!

Berlińskie z duszą, elektryczne,

na węgiel typu szwajcarskiego.

 

Zaraz tu stawiam na długiej ladzie

żelazka trzy! Cztery! Pięć!

Nie będzie już się wstydził zięć!

Oj! Rękę żony uścisnął Maciej!        

        

Wiem, gdzie mieszkacie!

 Wieś nazywa się Wyżyna.

 Macie wy prąd? Chodź by prąd z młyna?

 Wieczorem ćmi?

 Ja za Panią tu odpowiem!

 Tam prądu nie ma nikt!

 Prąd to wy macie tylko w głowie.

 

         Gromadka obserwowała, jak Hersz prezentował Maciejowym kolejno różne rodzaje żelazek, nie szczędząc przy tym wyszukanych efektów dźwiękowych i pantomimicznych. Demonstrując żelazko elektryczne dotknął dwoma palcami bolców na wtyczkę. Natychmiast cały zaczął się trząść, jakby naprawdę poraził go prąd, i to porządny prąd z sieci krajowej, a nie z jakiegoś tam miasteczkowego młyna w Krystynopolu.

 

No to czekajcie, rok lub dwa

Już elektrownia miejska w budowie!

Ona wam prąd blokowy da

Nie z młyna, lecz całodobowy!

 

          Nagle spośród chłopów i bab tłoczących się w sklepie, mocny męski głos  spod słomianego kapelusza przerywa monolog Hersza.

 

 

Na przykład w naszym Turobinie

Flis wytwarza prąd we młynie.

Skądinąd wiem, że nie planuje on

pobliskim wsiom dostarczać prąd!

By Maciejowa z Maciejowym

będąc odbiorcą licznikowym

miała żelazko firmy „Brabork”.

Kupione! Lub dane na borg.

Za chwilę – jeśli nie wybuchnie wojna

Inżynierowie – z Lwowa, Warszawy i Krakowa

z pomocą chłopów-robotników

połączą sieci okręgowe!

I wnet krajowy prąd popłynie

do wioski Żabno pod Turobinem!

 

          Hersz podnosi wysoko żelazko elektryczne jak rękę przyszłego zwycięzcy energii elektrycznej nad siłą rąk. I zaraz bardzo nisko kłania się temu rozgarniętemu gościowi w słomianym kapeluszu. Kupiec natychmiast robi to, co mówi.  

 

Odkładam zaraz tu na półkę

Piękne żelazko elektryczne.

 A co to? Pani zakasłała?

Słyszę! Spostrzegł to Żyd!

 

 Prowadzę tylko dobry towar!

Nie dam prasować byle czym!

Szwajcarskie już na półkę chowam,

 jeżeli Pani szkodzi dym!

 

          A teraz część klientów widzi, że z łukowych otworków w korpusie żelazka ulatują kłębki dymu. W sklepie było akurat kilka wieśniaczek, które żelazko na węgle dostały w posagu. Innym takie dymiące żelazko kupili mężowie u Hersza lub wcześniej za czasów Lejba. Wszystkie te kobiety zaczęły kasłać potwierdzając swoje codzienne nieszczęście. Lecz dym nagle niknie, gdy szwajcarskie żelazko pilotowane przez kupca Hersza ląduje na półce obok młodszego elektrycznego brata.  

 

Zostały tylko trzy żelazka!

Berlińskie wszystkie trzy!

Ach! Szanownej Pani ręka drży!?

Gdy chce z największym wyjechać z miasta!

 

          Rzeczywiście! Hersz wystawił berlińskiego olbrzyma, który szybko zmógłby nawet rękę krawca Tuchmana. Sam kupiec po chwili zmyślnie przyznaje się do błędu wstawiając to żelazko na półkę, aż dwoma rękami.

 

 Nu, to największe wraca na półkę!

 Ot! Jak wygięła się w wielki łuk!

 Na ladzie tylko dwa żelazka.

 Srebrne i czarne! Dopomóż Bóg!

 

 Pan tu się żali? Żali do Żyda?

 Że kwiaty w sadzie zniszczył mu mróz.

 Niewiele może Pan u mnie wydać?

 To brać to tańsze! Mam kłaść na wóz?

 

 Lecz nim postawię srebrne na półkę

 przetrę je szmatką, nikiel jak lustro!

 W tym lustrze oczy żony! Smutne?

 Dziś wieje smutkiem! A deszcz łez jutro!

 

          Tu Hersz spod kaftana wyciągnął połę białej, bawełnianej koszuli i przetarł nią korpus żelazka. I wtedy wszyscy zobaczyli jak w niklowym lustrze odbiła się smutna twarz Maciejowej.

 

Czemu mnie Pani szarpie za kaftan?

Nu rozumiem! Srebrne żelazko mam kłaść na wóz!

Dodać dwie dusze? Podstawkę? Z drutu?

Księżyc prasuje! Jedziemy już!

 

          A tu z korpusu żelazka berlińskiego Hersz wytrząsa duszę na swoją rękę. Usiłuje zacisnąć dłoń, lecz dusza okazuje się porażająco gorąca. Jak cyrkowy żongler z galicyjskich sztetli błyskawicznie przerzuca ją z ręki do ręki. Na oczach tłumu zgromadzonego w sklepie Hersz przechodzi do wielkiego finału. Niklowane żelazko typu berlińskiego trzyma w lewej ręce. Wywija nim powietrzne podsufitowe tańce po całym sklepie. Co chwila żelazko ląduje jak oswojony sokół na prawym ramieniu i prasuje, i prasuje rękaw jego kaftana.

 

          Oj! Co to będzie za piękna srebrna tanecznica w kobiecych rękach! – zgodnie myśli tłum. Maciej, młody gospodarz ze wsi Wyżyna płaci za żelazko i jeszcze dokłada złotówkę za nikiel. Hersz pakuje towar w wiązkę słomy, obwija sznurkiem. Już dostrzegł w sklepie następną umówioną klientkę – starszą Panią Kotową, lecz jeszcze życzy Maciejowym wszystkiego najlepszego.

         

Wracajcie na wieś! Zjedziecie z bruku

w wąwóz, do chaty. A w chacie ława!

Maciej rozpali i wrzuci duszę

O! Żelazko goni już po rękawach!

 

Pamiętacie listonosza, który przyniósł Marianie, córce wozaka, list Montera-Warszawiaka wyrażajacy podziw i zapraszający ją na wieczorne rendez-vous. Kilkanaście minut później listonosz ten zapukał w szklaną szybkę w drzwiach sklepu Hersza i wręczył mu paczkę nadaną w Norymberdze.

 

Hersz ostrożnie rozpakował paczkę. W środku była książka w oprawie z jasnobiebieskiego płótna. Wyciśnięte złote litery: Adolf Holzborn, niżej tytuł „Eisenwarenhandel” i miejsce wydania – Nordhausen am Harz.

 

Jakże taki kupiec mógłby się porozumieć ze stolarzem z Krystynopola, gdyby powiedział: „strug bocznik” zamiast „Wandhebel”, albo kątownik zamiast „Winkiel”.
Reprod. z: Krzysztof Brun i Syn. Skład Towarów Żelaznych w Warszawie, 1906.

 

Hersz podręczników towaroznawstwa tak naprawdę nie potrzebował. Swoją wiedzę dostał przed laty w jednym pakiecie od ojca. Z wyjątkiem godzin szabatu, dzień po dniu siedząc na wąskiej i krótkiej ławeczce albo stojąc tuż przy ojcu słuchał uważnie, i brał w rękę każdy towar.

 

Ksiądz Proboszcz odprawiał nabożeństwo a Pan Posterunkowy kręcił się po rynku w Krystynopolu i wypatrywał czy któryś sklep żelazny, bławatny albo z obuwiem gotowym nie jest otwarty. Wszystkie te sklepy należały do Żydów i w wielu z nich toczyła się nauka towaroznawstwa.

 

Każde takie mieszkanie ma drzwi wejściowe od podwórka albo wspólnej sieni. – Dlaczego więc w niedzielę wchodzicie właśnie przez sklep? – pytał Pan Posterunkowy kupców i domowników.

 

W czasie lekcji towaroznawstwa stary Lejb nigdy nie zamykał okiennic, tak, że ostre niedzielne słońce wpadało do środka sklepu i olśniewało powierzchnię naczyń emaliowanych, rozbłyskało na skrzydłach nietoperzy wytłoczonych na grubych szkłach lamp stajennych.

 

Kiedy w Krystynopolu furmanki wjeżdżały na plac targowy z ulicy Głuskiej, to koń zawsze skręcał na lewo. A baba? Siedziała obok męża po jego prawej stronie i zawsze widziała okno sklepu Hersza i wybałuszała oczy na piękny czajnik.

 

Lecz po zmianie witryny rychło interes Hersza przejęły inne sklepy żelazne. Kupiec machnął ręką. Zwrócił odkurzacz do hurtowni Elektropol w Lublinie, która mieściła się przy ulicy Lubartowskiej. I zawiesił w oknie, jak dawniej, ten sam czajnik z Olkusza.

 

Zawodziński miał za złe Libhaberowi, że pozwala przesiadywać u siebie wagarowiczom, szczególnie Maćkowi ze wsi Wyżyna. I że z tego uczniom kupca zostają w głowie tylko różne niemieckie nazwy towarów.

 

Kilka godzin później Hersz na oczach naszej gromadki obsługiwał klientów, opisanych w poprzednim odcinku powieści. Klienci Hersza mieszkali w okolicznych wsiach.

 

Demonstrując żelazko elektryczne dotknął dwoma palcami bolców na wtyczkę. Natychmiast cały zaczął się trząść, jakby naprawdę poraził go prąd, i to porządny prąd z sieci krajowej a nie z jakiegoś tam miasteczkowego młyna w Krystynopolu.
Reprod. z: Fabryka Grzejników Elektrycznych „Gródek” Gródek S. A. Cennik na grzejniki elektryczne, ok. 1938.

 

Prowadzę tylko dobry towar!
Nie dam prasować byle czym!
Szwajcarskie już na półkę chowam,
jeżeli Pani szkodzi dym!
Reprod. z: Towarzystwo Częstochowskiej … „Metalurgja” Sp. z ogr. odp. Czestochowa. Katalog rok 1930.

 

Wiele gospodyń zgromadzonych w sklepie okazało by współczucie Mariannie, gdyby wyprawa z mężam do Krystynopola skończyła się zakupem żelazka na węgiel.

 

Lecz nim postawię srebrne na półkę
przetrę je szmatką, nikiel jak lustro!
W tym lustrze oczy żony! Smutne?
Dziś wieje smutkiem! A deszcz łez jutro!
Zbiory Muzeum Wsi Lubelskiej.

 

Uwaga całej czwórki skupiona była na Pięknym Kowadle.
Reprod. z: Adolf Holzborn, Eisenwarenhandel, Nordhausen am Harz, b. d. wyd.

 

 

Odc. 19

 

W Krystynopolu i w okolicznych wsiach żelazka i czajniki były najpopularniejszym prezentem ślubnym. Wprawdzie Hersz sprzedawał je w swoim sklepie żelaznym i na śluby nie był zapraszany, ale po latach  rozmów z klientami i poważnego traktowania plotek zasłyszanych po każdym weselu znakomicie wczuwał się w atmosferę wokół wyboru ślubnych prezentów. Już tam młoda para z Roztocza i Wyżyny wyswatana! Wesele zgodzone! W kościele w Krystynopolu Wielebny Ksiądz Proboszcz ogłasza zapowiedzi!

 

 I wtedy przychodzi czas, by w rodzinie namówić się co kto, co kupi na prezent ślubny. Ci żelazko. Tamci wanienkę blaszaną emaliowaną, żeby nie kąpać dziecinki w wierzbowej niecce. A ta zamówi u obraźnika święty obraz nad łóżko małżeńskie. A może od razu wręczy dwa piękne i serdeczne obrazy do izby nad dwa łóżka. Tak do pary, gdy już ojciec będzie spał z synem, a matka z córką. Ci przyniosą garbonosą gąskę, żeby sobie chodziła po całej wsi Wyżyna i plotkowała o swoich gospodarzach i chwaliła ich szczęśliwe małżeństwo. A może coś kupić na targu w Krystynopolu? Jakieś krzesełko ze szczebelkami, albo filcowy kapelusz dla pana młodego? 

 

No i już zostało umówione kto co młodym sprezentuje. Jeśli wybór padł na towar żelazny, udawano się do Hersza Libhabera. Kupiec uchodził w całym powiecie za najlepszego towaroznawcę od czajników blaszanych emaliowanych.   Skąd się to wzięło? Jak czytelnik zapewne pamięta w miejscu, gdzie dziś jest sklep żelazny przed laty stała w Krystynopolu karczma ze stanem. Pradziad Hersza miał na bufecie mosiężny samowar, a w kuchni na piecu stał potężny czajnik miedziany, wewnątrz cynowany. Kiedy karczma od iskier się spaliła samowar stopił się lecz czajnik Rywka zdążyła wynieść z pożogi. To był jedyny uratowany przedmiot i z tej wdzięczności kolejne pokolenia Libhaberów czuły się bardzo zobowiązane wobec wszelkich imbryków. Gdy pradziad Hersza ruble swojego wuja włożył i handel  żelazny tu założył to właśnie ten czajnik był pierwszym towarem wystawionym w sklepie.

 

Z biegiem lat – a to studiując własne półki, a także dzięki dobrym kontaktom z hurtowniami i fabrykami – ten familijny sklep żelazny w Krystynopolu stał się wybitną skarbnicą wiedzy o czajnikach. Rozmaite formy – refaelowska, angielska, petersburska, imbryki proste, wypukłe. Głębokość worka do wpuszczania w fajerki. Kształty dziobków i pałąków, zawiaski, łańcuszki. O tym Hersz wszystko wiedział i zaraz wszystkim trafnie doradzał. Toteż nie słyszało się w Krystynopolu, po okolicznych wsiach, a także w pobliskich carskich koszarach, aby ktokolwiek z nabywających czajniki u Starego Hersza, Lejba i Obecnego Hersza uległ choćby drobnemu poparzeniu, albo żeby i sam czajnik poparzył się i przepalił się na wylot. Nie słyszało się też, aby jakiś imbryk komukolwiek się znudził, komukolwiek się żalił, poszarzał, albo gdzieś zgubił pokrywkę.

   

 Wkrótce do Krystynopola dotarła nowina, że w Królestwie Polskim uruchomiono już pierwszą fabrykę naczyń blaszanych emaliowanych. To Stary Hersz Libhaber sprowadził w te okolice pierwsze czajniki z barwną emalią. Płynęły wiele dni batem z Warszawy do Krystynopola. Wisłą pod prąd, ale przy sprzyjających wiatrach. Dalej z przystani garnki pięły się dróżką wydrążoną w skarpie. Wreszcie koń wciągnął wóz na rynek. A potem mieszkańcy miasteczka widzieli jak Hersz odbija dekle, grzebie w drewnianych beczkach i kolejno otrząsa ze słomy dziesiątki cudacznych naczyń. Spod sypiących się dookoła źdźbeł i wiązek słomy zdumionym krystynopolanom ukazują się najpierw emaliowane rączki rondli, ucha garnków, pałąki i dziubki czajników, a potem całe naczynia.

 

No, interes robi interes! Nie minął kwadrans jak pod sklep zajechał wtedy  jeszcze jeden wóz. Zaprzężony nie w konika, lecz w dwie pary wołów. Każda złączona jarzmem. Nieustannie przekonywane przez dwóch poganiaczy ledwo wciągnęły towar żelazny z przystani na szczyt wiślanej skarpy. Hersz z dwudziestopudowych skrzyń wypakowywał żeliwne płyty kuchenne, drzwiczki żeliwne, ruszta i szybry. Armatura piecowa przyszła za Wisły.

 

Mając tłum zgromadzony wokół wozów i towaru pradziad dzisiejszego Hersza niezwłocznie przemówił do mieszkańców Krystynopola.

        

 – Przed chwilą przybyły do was z Warszawy piękne naczynia. Naczynia tak doskonałe, że jeszcze w tej chwili nie jesteśmy gotowi na ich przyjęcie. Gotujecie na nalepie, ogień codziennie smaży brzuśce waszych glinianych naczyń. Wielka metalowa fabryka, w której zakupiłem dla was te nowości, pracuje dla kraju i dla cesarstwa pełną parą prawie całą dobę. Nazywa się „Wulkan”. A wulkan to ogień. Ale ten ogień nie może niszczyć nowoczesnych naczyń, palić i nieustannie oczerniać dymem piękne emalie. Toteż, aby używać wyroby „Wulkanu” od dziś musicie w waszych izbach schować ogień pod płytę kuchenną.

 

Aby w Krystynopolu i w okolicach przebudować paleniska i całe piece, dziś przybyły do was aż zza Wisły płyty żeliwne i wszelka armatura kuchenna niezbędna dla zduna. Przybyły od Stąporkowa, Suchedniowa, Końskich i Przysuchy. Odtąd drwa, chust i szyszki będziecie wkładać do ognia z boku trzonu kuchennego przez żelazne drzwiczki paleniskowe. Nie, jak dotąd,  obkładać drewnem brzuchy garnków. Odtąd będziecie zbierać popiół nie z nalepy, lecz on sam zsypie się wam przez żeliwny ruszt prawie na sam spód pieca.  

        

 Tu przerwał, bo przypomniał sobie, że jakieś dwadzieścia lat temu przez karczmę i w Krystynopolu przewinęło się parę osób które czytały „Podróż na Księżyc” Julisza Verne’a. Powieść tą drukowano wówczas w gazetach w odcinkach. W karczmie przy jadle i napitku opowiadano ją sobie. A także od siebie – jakby i niejeden z tych co czytali, albo słyszeli i dobrze zapamiętali, udawał księżycowego Twardowskiego. Hersz, który już wówczas interesował się wszelkim możliwym wykorzystaniem przemysłu żelaznego, chłonął takie nowinki i zaraz przysiadał się nieraz do biesiadników. Teraz tak zakończył pochwałę swojego towaru.

 

         – Krystynopolanie. Przebudowa palenisk to nasza podróż na księżyc!

 

Nie wszyscy jednak byli gotowi unowocześniać swoje piece. Albowiem w owym czasie rozwinął się w Królestwie Polskim także przemysł rozmaitych wyrobów emaliowanych, ale żeliwnych. No i po kilku latach kupcy żelaźni w Krystynopolu zaczęli sprowadzać pierwsze emaliowane garnki żeliwne.

 

Inni kupcy żelaźni w Krystynopolu, szczególnie Moszek Korenfrecht, dobrze zapamiętali jak Hersz ogłaszał się z naczyniami emaliowanymi, a zwłaszcza z armaturą piecową. I ile stracili dając się wyprzedzić na miejscowym rynku nowym ideom gospodarczym.

 

Bo to właśnie Moszek Korenfrecht pierwszy sprowadził do Krystynopola naczynia żeliwne emaliowane. Z miejscowości Kamienna wołami przez gubernię radomską, potem promem przez Wisłę. Nieprzypadkowo transport dotarł na przystań w Krystynopolu wczesnym przedpołudniem podczas cotygodniowego targu. Z łąki przy przystani, dwie pary wołów, każda złączona jarzmem, długo nie mogły wciągnąć towaru żelaznego po skarpie. Wiec zaraz wszyscy na rynku musieli dobrze widzieć jak Korenfrecht organizuje tu jeszcze jedną parę wołów, a potem schodzi z bydlętami i chłopem nad Wisłę, aby zaczepić sprzeżaj. Pojawienie się towaru na placu rynkowym poprzedził nieustanny ryk wyczerpanych bydląt dochodzący zza nawiślańskiej skarpy, natężający się w miarę zbliżania się ładunku. Wjechali na rynek. I co się dzieje? Korenfrecht nie wnosi naczyń żeliwnych emaliowanych bezpośrednio do sklepu, lecz rozstawia na rynku niczym garncarz. Plac rynkowy w Krystynopolu nie posiadał wówczas bruków, nawierzchnia była gliniasta, w tamtym dniu targowym jeszcze miękka po porannej rosie. Wiec naczyniom żeliwnym nie groziło żadne obicie w zetknięciu z kamieniami. A obok byli już rozłożeni bednarze i garncarze z Kazimierza, Opola i Urzędowa. Ale jedni i drudzy nic nie mówili, bo każdy z nich miał od Korenfrechta przyobiecane po jednym małym garnku żeliwnym i dlatego już umówieni od rana trzymali kawałek placu dla Żyda.  

 

 Mając targowy tłum zgromadzony wokół wozów i towaru, Moszek Korenfrecht niezwłocznie przemówił do mieszkańców Krystynopola i okolicznych wsi.

        

– Przed chwilą przybyły do was piękne naczynia za Wisły. Garnki zdumiewająco trwałe! I rondelki do topienia słoniny! Jesteśmy gotowi na ich przyjęcie do naszych kuchni! Od dziś! Natychmiast! Moi Włościanie, Gospodarze, i Mieszczanie, i Mieszczanie-Rolnicy krystynopolscy! W większości gotujecie na nalepie! Ogień codziennie pracowicie smaży brzuśce waszych glinianych naczyń. Wspaniała fabryka metalowa, w której zakupiłem dla Was te nowości, pracuje dla kraju i dla cesarstwa pełną parą prawie całą dobę. Nazywa się „Kamienna”. A kamień to gwarancja trwałości tego towaru który wam przywiozłem. Ogień nie zniszczy tych nowoczesnych naczyń, nie spali solidnych brzuściów, a dym nie zaszkodzi żeliwnym powierzchniom. Piękne białe emalie są akurat tam gdzie powinny być. Wewnątrz, w środku naczynia! Toteż, aby używać wyroby „Kamiennej” nie musicie w waszych izbach chować ognia pod płytę kuchenną. Nie musicie przebudowywać palenisk i całych pieców, narażać się na niepotrzebne koszty, szukać zdunów po innych miasteczkach. Nie musicie schylać się, aby drwa, chust i szyszki podkładać do ognia z boku trzonu kuchennego przez żelazne drzwiczki paleniskowe. Obłóżycie opałem brzuchy garnków, a ziemniaki i krupnik same się ugotują. Wyprostowani zbierzecie popiół z nalepy. Na stare lata nie będziecie zginać karku aby dostawać popiół z najniższych czeluści popielników.

 

Garncarze trochę zaczęli buczeć gdy Korefrecht ogłaszał rychłe zastąpienie garnków glinianych żeliwnymi w codziennym gotowaniu. Ale kupiec przewidział taką reakcję i dał sygnał, aby umówieni podeszli do każdego  garncarza i przekonali go takimi oto dobrze przemyślanymi słowami.

        

– Dla Panów Garncarzów i Bednarzów prawdziwą konkurencyje to robią wam Panowie naczynia blaszane emaliowane. Żeliwne to służą tylko do gotowania strawy, albo do topienia słoniny. A jeśli kto jest biednym chłopem albo Żydem to po co mu żeliwny rondelek do topienia słoniny! A naczynia blaszane emaliowane to zaraz wszystkim posłużą do wszystkiego. A to kubek, a to czajniczek, patelnia, nocniczek. Stągiew, skopek, albo bańka na mleko, dzban, miska duża i mała, miednica, lichtarzyk. Solniczka i mydelniczka, jak kto już używa mydła. Ta fabryka zastąpi i garncarzów i bednarzów i jeszcze Bóg Jeden wie jakich rzemieślników zastąpi.

 

 Obecni na targu rzemieślnicy ludowi i rozmaici pośrednicy handlujący ich towarem zaraz ucichli. Korenfrecht mógł teraz wypowiedzieć kwestie najważniejsze i trochę udobruchać garncarzy. 

 

 – Patrzcież wszyscy jak fabryka „Kamienna” troszczy się o naszą tradycję.  Szanuje to do czego Nasz Gospodarz i Nasza Gospodyni przyzwyczaili się i jest im z tym dobrze do końca ich dni.

        

Tu podszedł do najbliższego garncarza i podniósł z ziemi pierwszy z brzegu dwuuchy garnek gliniany. Naczynie to miało największe wybrzuszenie gdzieś na 3/4 swojej wysokości i lekko odchylony wylew. W drugą rękę Korenfrecht wziął garnek żeliwny. Uniósł oba garnki tak, że tłum teraz widział zadziwiające podobieństwo kształtu.

 

– Odlewnia i emaliernia „Kamienna” nazywa takie garnki „polskie”, bo szanuje pomysły i prace naszych garncarzy i odwieczne przyzwyczajenia ludu polskiego. To piękne krajowe naczynie, a nie jakaś tam tania niemiecka rura żeliwna z przylutowanym dnem.     

        

Korenfrecht miał jeszcze jeden argument. Z niewielkiej beczułki ostrożnie wyjął stary garnek gliniany posklejany z setek kawałków skorup. Teraz w dwóch dłoniach uniósł wysoko nad głowę jednocześnie trzy garnki – pierwszy starożytny posklejany, drugi od garncarzy obecnych na targu i trzeci – nowoczesny towar żeliwny z odlewni i emalierni

Na to przez rynek przeszedł szum bo nikt w Krystynopolu i w okolicznych wsiach nie sklejał potłuczonych naczyń. I to choćby całą zimę nie miał nic do roboty. Skorupy od razu wyrzucano gdziekolwiek, nawet na ulicę, albo na gościniec.   

     

 – W pobliżu Krystynopola są starożytne osady słowiańskie, albo szwedzkie okopy, prastare karczmy jakiś Chodlik, Żmijowiska, Kłodnica, albo Karczmiska. I tam woły wyorywują z ziemi garnki o identycznym kształcie. Choć nie zawsze toczone lecz często najpewniej lepione w rękach z glinianych tasiemek i wałeczków. Naczynia są zazwyczaj znajduje się potłuczone, ale jak jaki profesor albo Ksiądz Proboszcz sklei, to mamy ten nasz krajowy fason, albo robotę takich garncarzy, jak Wy. I taki garnek jest „polski”.

 

 Moszek Korenfrecht był przed laty w tłumie razem z innymi kupcami żelaźniakami gdy Libhaber rozpakowywał sprowadzone z Warszawy naczynia blaszane emaliowane. Z niepokojem patrzyli wówczas na znakomity towar Starego Hersza.

 

Dziś Korenfrecht był pewny, że teraz Hersz Libhaber stoi w jego tłumie. Hersz powinien być słusznie zaniepokojony, że nowości z branży trafiły najpierw do sklepów żelaznych zlokalizowanych w innej części rynku w Krystynopolu. Korenfrecht zapamiętał każde słowo Libhabera wypowiedziane przed kilku laty przed jego sklepem żelaznym. Więc teraz, szukając wzrokiem konkurenta, tak zakończył swoje ogłoszenie. 

 

 – Aby poznać wartość naszego życia, wcale nie musimy odbywać „Podróży na księżyc”. Wystarczy jedna mała nowinka, a do tego nieustanne uważne patrzenie w przeszłość i pieczołowite trzymanie się tradycji.

 

 Teraz, pół wieku od tamtych wydarzeń, nasza gromadka od kilkudziesięciu minut czekała aż Hersz będzie wolny, aby przedstawić mu sprawę kowadła i szczęśliwie ją sfinalizować.

 

 Jest jeszcze jedna historia, albo baśń na którą pragnę zwrócić Twoją uwagę, Czytelniku. Dotyczy ona pewnego epizodu w dziejach sklepu żelaznego. Było to za czasów Lejba, syna tamtego Starego Hersza, który w Krystynopolu wprowadził sprzedaż naczyń blaszanych emaliowanych, i ojca tego Hersz, na którego czeka teraz Moszek, Szczepan, Maciek i Piękna Kowalowa.

 

Otóż gdzieś na przełomie wieków przez kilkanaście lat pod Krystynopolem stacjonował garnizon carski, wot takij Priwislinskij batalion. Przedsiębiorczy Lejb sprowadzał wówczas do sklepu czajniki blaszane emaliowane ze specjalnymi dekoracjami, dedykowanymi, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, carskiej kadrze zawodowej, zwłaszcza dla rodzin oficerów. W tamtych czasach warszawski „Wulkan” oferował na rynek rosyjski wspaniałe wyroby polskich emalierników: naczynia z widokiem Kremla, także Car Kołokoł, no i koniecznie Car Puszka. Był to faktycznie towar eksportowy, wykwintny i drogi. Ze strony niepiśmiennych polskich chłopów więcej było podziwu dla tych naczyń, niż pretensji do Hersza o niepatriotyczną wymowę tego towaru. Więc gdy baba, albo chłop pytali o cenę, Lejb niezwłocznie i uporczywie zachęcał ich do nabycia jednobarwnych weselszych czajników, w końcu przecież zdecydowanie tańszych.

 

Lecz wracamy w naszej powieści do czasu teraźniejszego, do tego jednego wybranego dnia gdy muzealnicy z powodu pandemii musieli mocno przymknąć oko Gościa na skansenowską ekspozycję.

 

Tu autor uprzejmie przypomina: bezpośrednia akcja powieści toczy się w czasach Polski Odrodzonej, wówczas sklep prowadzi Hersz, syn Lejba. Maciek jest synem Szczepana, średniozamożnego gospodarza ze wsi Wyżyna. Moszek jest już, bo nikt się takim nie rodzi, domokrążcą. Kilka godzin temu odebrał w Magistracie Miasta Krystynopola kolejne świadectwo ubóstwa. Piekna Kowalowa ze wsi Roztocze jest wschodzącą gwiazdą ludowego teatru amatorskiego w Krystynopolu.

 

  Nasza gromadka czeka od dobrej godziny, aż kupiec żelazny obsłuży wszystkich klientów, którzy weszli do sklepu w ten wiosenny wieczór. Do lady w miejsce uwolnione po Maciejowych, którzy przed ułamkiem sekundy odeszli ze srebrnym żelazkiem i za chwilę załadują się na furmankę, dopycha się Pani  Kotowa. Hersz prowadzi ją do lady wzrokiem przez niewidoczną ścieżkę w tłumie klientów. Jednocześnie wypina z drutu wiszący w oknie niebieski czajnik. Lecz to nie ten czajnik zostanie sprzedany Kotowej. Za chwilę zdejmie z półki i postawi na ladzie właściwy imbryk do wody. Ma ceglastą emalie i głęboki worek do wpuszczenia w fajerkowe otwory w płycie kuchennej.        

 

         Pani Kotowa, Szanowna Pani,

         mam już dla Pani

         czajnik blaszany emaliowany!

         Wspaniały prezent będzie od wnuka

         dla żony, którą w Kocku wyszukał.

 

 Ukazując walory młodej żony Hersz bierze do ręki odpowiednie przedmioty i natychmiast je odstawia biorąc z półek przedmiot następny, następny i następny …, zgodnie z biegiem wiersza. Kotowej miga, więc przed oczyma kolejno żelazko na węgiel, sagan polski nr 16 i wiadro ocynkowane.

 

        Piękna kobieta! Do pracy skora!

         i ma też horyzonty szersze!

         Chwilę się prasowaniem trudni,

         chwilę się trudni gotowaniem,

         a gdy przyniesie wodę ze studni

         sięga po brulion i pisze wiersze!

 

Lecz, gdy mowa o wierszach przyszłej żony wnuka Hersz zwalnia tempo, i patrząc Pani Kotowej głęboko w oczy, wciska koniec ołówka, szczęśliwie zakończony gumką, raz to w pejsy, raz to w brodę. Aż wreszcie szerokim gestem ramienia pokazuje tą cześć półek sklepowych, na których wystawione są artykuły gospodarstwa domowego.

 

         Daleko wątków do nich nie szuka.

         Księcia w nich robi z Pani wnuka!

         Pani tam damą jest cesarską,

         która prowadzi im gospodarstwo!

 

 Oczywiście! Można sobie opukać i ścianki czajnika. Hersz dobrze wie, że Kotowa zawsze długo opukiwała gliniane garnki na targu, sprawdzając czy czasem nie są pęknięte, albo mają już taki zamiar. Kupiec pomyślał.

 

         – Ten handelek potrwa dłużej, bo ona zapewne nie przegapi okazji żeby sobie postukać i w solidną blachę. A może uda się sprzedać jej także ten emaliowany dzban.

 

Więc w trakcie prezentacji czajnika kupiec kilkakrotnie popukuje kciukiem w korpus dzbana. Pani Kotowa jednak nie jest zainteresowana kupnem dwóch naczyń. Hersz odstawia dzban na półkę. Zaraz potem bierze do ust gwizdek, przykrywa palcem dziobek czajnika, i jednocześnie gwiżdże – jak by to było super nowoczesne naczynie, znane pewnie dobrze Czytelnikowi, takie z  wmontowanym gwizdkiem. Hersz przesuwa dłoń po dziobku czajnika. Sięga jeszcze po egzemplarze z Olkusza i z Pol-Shieldu z Bielska. Porównuje trzy czajniki i to jest jego praca, za którą zapłaci stara Kotowa. Jednak według Hersza tylko imbryk do wody z Myszkowa jest odpowiednio zadziorny i przypomina prawdziwego koguta.

 

         Czajnik przyjechał w skrzyni z Myszkowa!

         Mocna emalia – można opukać!

         Razem z tym dzbanem – piękna emalia, też kolorowa!

         W miasteczku Kock – właśnie wczoraj

         pięć identycznych skrzyń z Myszkowa

         przyszło do pięciu żelaznych sklepów.

         Proszę już w innych sklepach nie szukać!

         To tylko w wierszu można przedstawić,

         który napisze nam żona wnuka

         sławiąc czajniki z mojego sklepu

         Że w innych wykonane gorzej!

         Do tego wycenione drożej!

 

Czajnik już sprzedany. A tu zaraz ktoś głośno pyta o kosę z armatą na piętce. 

 

Już tam młoda para z Roztocza i Wyżyny wyswatana! Wesele zgodzone! W kościele w Krystynopolu Wielebny Ksiądz Proboszcz ogłasza zapowiedzi!

fot. K. Wasilczyk, 2014-2020.

 

No i już zostało umówione kto co młodym sprezentuje. Jeśli wybór padł na  towar żelazny, udawano się do Hersza Libhabera. Kupiec uchodził w całym powiecie za najlepszego towaroznawcę od czajników blaszanych emaliowanych.  

fot. K. Wasilczyk, 2014-2020.

 

Kiedy karczma od iskier się spaliła samowar stopił się, lecz czajnik Rywka zdążyła wynieść z pożogi. To był jedyny uratowany przedmiot i z tej wdzięczności kolejne pokolenia Libhaberów czuły się bardzo zobowiązane wobec wszelkich imbryków.

fot. K. Wasilczyk, 2014-2020.

 

Z biegiem lat – a to studiując własne półki, a także dzięki dobrym kontaktom z hurtowniami i fabrykami – ten familijny sklep żelazny w Krystynopolu stał się wybitną skarbnicą wiedzy o czajnikach.

fot. K. Wasilczyk, 2014-2020.

 

Rozmaite formy – refaelowska, angielska, petersburska, imbryki proste, wypukłe. Głębokość worka do wpuszczania w fajerki. Kształty dziobków i pałąków, zawiaski, łańcuszki. O tym Hersz wszystko wiedział i zaraz wszystkim trafnie doradzał.

Reprod. z: „Olkusz”. Fabryka Naczyń Emaljowanych Spółka Akcyjna w Olkuszu. Cennik … 1929.

 

Wkrótce do Krystynopola dotarła nowina, że w Królestwie Polskim uruchomiono już pierwszą fabrykę naczyń blaszanych emaliowanych. To Stary Hersz Libhaber sprowadził w te okolice pierwsze czajniki z barwną emalią.

Reprod. z: Silesia. Rybnik Paruszowice. Katalog naczyń blaszanych emaliowanych „Silesii”, ok. 1936 r.

 

Płynęły wiele dni batem z Warszawy do Krystynopola. Wisłą pod prąd ale przy sprzyjających wiatrach.

 Reprod. z: faktopedia.pl

 

Aby w Krystynopolu i w okolicach przebudować paleniska i całe piece, dziś przybyły do was, aż zza Wisły płyty żeliwne i wszelka armatura kuchenna niezbędna dla zduna. Przybyły od Stąporkowa, Suchedniowa, Końskich i Przysuchy.

Reprod. z: Towarzystwo Akcyjne Zakładów Górniczo-Hutniczych i Fabryk „Stąporków”. 1738-1922.

 

Bo to właśnie Moszek Korenfrecht pierwszy sprowadził do Krystynopola naczynia żeliwne emaliowane. Z miejscowości Kamienna wołami przez gubernię radomską, potem promem przez Wisłę.

 Siergiej Wasilkowski(1854–1917), Pejzaż wiejski.

 

I co się dzieje? Korenfrecht nie wnosi naczyń żeliwnych emaliowanych bezpośrednio do sklepu lecz rozstawia na rynku niczym garncarz. A obok byli już rozłożeni bednarze i garncarze z Kazimierza, Opola i Urzędowa.

Józefów nad Wisłą, 4 dekada XX w., autor fot. nieznany, arch. MWL.

 

Toteż, aby używać wyroby „Kamiennej” nie musicie w waszych izbach chować ognia pod płytę kuchenną. Nie musicie przebudowywać palenisk i całych pieców, narażać się na niepotrzebne koszty, szukać zdunów po innych miasteczkach.

 Henryk Pillati (1832-1894), W chłopskiej chacie, cyfrowe.mnw.pl

 

Dla Panów Garncarzów i Bednarzów prawdziwą konkurencyje to robią wam Panowie naczynia blaszane emaliowane. A naczynia blaszane emaliowane to zaraz wszystkim posłużą do wszystkiego. A to kubek, a to czajniczek, patelnia, nocniczek. Stągiew, skopek albo bańka na mleko, dzban, miska duża i mała, miednica, lichtarzyk. Solniczka i mydelniczka … .

Kuchnia Fajwela Szylda w domu z Wojsławic w muzealnym miasteczku w MWL.

fot. K. Wasilczyk, 2014-2020.

 

Patrzcież wszyscy jak fabryka „Kamienna” troszczy się o naszą tradycję. Szanuje to, do czego Nasz Gospodarz i Nasza Gospodyni przyzwyczaili się i jest im z tym dobrze do końca ich dni. Odlewnia i emaliernia „Kamienna” nazywa takie garnki „polskie”, bo szanuje pomysły i prace naszych garncarzy i odwieczne przyzwyczajenia ludu polskiego.

Reprod. z: Zakłady Przemysłowe, Odlewnia Żelaza i Emaliernia „Kamienna” … Wydanie 1938 r.

 

To piękne krajowe naczynie, a nie jakaś tam tania niemiecka rura żeliwna z przylutowanym dnem.     

Reprod. z: Towarzystwo Częstochowskiej Fabryki Odlewów i Emaljerni „Metalurgja” … Katalog Nr. 1, rok 1930.

 

W pobliżu Krystynopola są starożytne osady słowiańskie. Naczynia są zazwyczaj znajduje się potłuczone, ale jak jaki profesor albo Ksiądz Proboszcz sklei, to mamy ten nasz krajowy fason albo robotę takich garncarzy, jak Wy. I taki garnek jest „polski”.

Zb. Muzeum Nadwiślańskie w Kazimierzu Dolnym.

 

Otóż, gdzieś na przełomie wieków przez kilkanaście lat pod Krystynopolem stacjonował garnizon carski, wot takij Priwislinskij batalion. Przedsiębiorczy Lejb sprowadzał wówczas z „Wulkanu” do swojego sklepu czajniki blaszane emaliowane ze specjalnymi dekoracjami, dedykowanymi, jak byśmy to dzisiaj powiedzieli, carskiej kadrze zawodowej.

Reprod. z: Towarzystwo Warszawskiej Fabryki Wyrobów Metalowych „Wulkan” w Warszawie No 2. Naczynia emaljowane z dekoracjami. 1901.

 

To tylko w wierszu można przedstawić,

który napisze nam żona wnuka

sławiąc czajniki z mojego sklepu

 Reprod. z: Towarzystwo Warszawskiej Fabryki Wyrobów Metalowych „Wulkan” w Warszawie No 2. Naczynia emaljowane z dekoracjami. 1901.